Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przejęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przejęcia. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 października 2008

Zdolność kredytowa w czasach kryzysu?

W czasach, gdy na rynkach finansowych zawrotną karierę robi słowo „kryzys”, kredytobiorcy tracą swój optymizm. Łatwe do udźwignięcia raty kredytowe z reklam banków, szczególnie tej z kredytu hipotecznego, stają się coraz bardziej dolegliwe. Teoretycznie banki udzielając klientom kredytu o tak dużej wartości, na długi okres czasu powinny przewidzieć możliwą recesję i spadek dochodów, ale z ewentualnymi problemami w spłacie już kredytobiorca musi poradzić sobie sam. Jak więc ratować zdolność kredytową?

Tradycyjnie liczenie zdolności kredytowej bazuje w bankach na dość skomplikowanych metodach statystycznych,
niemniej jednak zawsze cel jest ten sam. Bankowcy próbują po prostu ustalić, czy dany klient będzie w stanie spłacać z miesiąca na miesiąc ratę kredytu. Sęk w tym, że jeśli weźmiemy kredyt na 20-30 lat, to w tym czasie może zdarzyć się wszystko. Od zdarzeń losowych, po problemy finansowe, czy też kłopoty gospodarcze całego kraju. A po podpisaniu umowy kredytobiorca zostanie sam na sam z terminową spłatą kredytu. Czy można w jakiś sposób zagwarantować sobie zdolność kredytową? Wbrew pozorom nie jest to zbyt trudne, jednak zwiększa koszty kredytowania. Takim rozwiązaniem jest np. ubezpieczenie przed bezrobociem, co może pozwolić przetrwać okres pomiędzy utratą pracy i znalezieniem kolejnej posady. Polisa tego rodzaju nie jest jednak bezwarunkowa. Przede wszystkim wypłata ewentualnego świadczenia ograniczona jest do kilku miesięcy, więc nie chroni przed długotrwałym bezrobociem. Dużo ważniejsze może być posiadanie ubezpieczenia na życie. O ile, bowiem z utratą pracy można sobie jeszcze poradzić, to przeciwności losu już mogą nam uniemożliwić spłacenie kredytu. Wypadki, utrata zdrowia, a czasami i życia przez jedno ze współkredytobiorców jest nie tylko wielkim bólem, ale też wpędza najbliższych w duże problemy finansowe. Koszt właściwej polisy ubezpieczeniowej w relacji do wartości kredytu i możliwych szkód będzie po prostu niewielki. Będzie to niska cena za spokój. Na szczęście najtrudniejsze sytuacje zdarzają się jednak na tyle rzadko, że raczej powinniśmy zainteresować się tym, jak podołać spłacie kredytu na bieżąco.

Jak więc odpowiedzieć sobie w prosty sposób, na jaki kredyt nas stać? Na rynku amerykańskim, który jest dużo bardziej rozwinięty niż nasz, i gdzie udziela się o wiele, wiele więcej kredytów szacuje się, że bezpieczny poziom raty, to taki, który nie przekracza jednej trzeciej dochodów rozporządzalnych. Czyli zarabiając na rękę 2400 zł miesięcznie byłoby to 800 zł, a dla przykładowo 3000 zł byłoby to już 1000 zł. Sądzi się też, że bezpieczny poziom długu to dwu-trzykrotność dochodów rocznych brutto. W polskich warunkach przy zarobkach 5000 zł brutto miesięcznie byłoby to 150000 zł. Banki dziś oczywiście dają więcej kredytu przy takich dochodach, bo liczą, że dochody polskiego społeczeństwa będą szybko wzrastały. Potwierdza to wzrost wynagrodzeń. Takie założenie może być jednak niebezpieczne, szczególnie przy zaciąganiu kredytów mieszkaniowych, które udzielane są na długie terminy. Planowanie finansowe w takich warunkach budżetu domowego nie będzie już li tylko pustym sloganem. W prosty sposób można zapewnić sobie stabilność i bezpieczeństwo finansowe, dysponujące nawet relatywnie niskimi dochodami świadomie gospodarując środkami i przestrzegając kilku prostych i łatwych zasad.

Zalecanie dyscypliny wydatków wydaje się truizmem, ale istnieje kilka prostych sposobów na ich ograniczenie. Przede wszystkim warto dokładnie je planować, a środki, jakimi dysponujemy dzielić na budżety. Warto zastanowić się i spisać wszystkie wydatki stałe w danym miesiącu i dla nich zablokować środki na rachunku bankowym. Jednocześnie zastanawiając się, które grupy wydatków możemy obniżać. Ustalamy również bieżącą wysokość zobowiązań finansowych, w tym oczywiście kredytu hipotecznego. Jeśli nasze zobowiązania są zróżnicowane należałoby się zastanowić nad ich konsolidacją. Konsolidowanie długu i obniżanie kosztów finansowanie będzie stanowić ważny element strategii domowego budżetu. Jeśli spłacamy kredyt konsumpcyjny, samochodowy lub korzystamy z limitu w karcie kredytowej na pewno są one wyżej oprocentowane niż kredyt hipoteczny. Można w takim wypadku podwyższyć sumę kredytu hipotecznego w części z dowolnym celem i dzięki temu spłacić pozostałe, droższe w obsłudze zobowiązania. Obniży to koszty i pozwoli też lepiej kontrolować wydatki. Jedna wysoka rata działa też bardziej mobilizująco na kredytobiorcę niż wiele, ale drobnych kwot, które pozornie wydają się łatwiejsze do udźwignięcia. Iluzja niskich rat, co zresztą często jest wykorzystywane w reklamach, niejednego już kredytobiorcę wpędziła w kłopoty.

Po podzieleniu środków pozostałą kwotę do dyspozycji dzielimy również na części i również blokujemy na rachunku, Np. zakładając krótkoterminowe lokaty, aby środki nie były łatwo dostępne. Pozwoli nam to ochronić się przed niepotrzebnymi, impulsywnymi zakupami i wydatkami. Na zakupy warto wybierać się z odliczoną kwotą środków w postaci gotówki lub korzystając z ograniczonego salda w koncie. Niewielka ilość gotówki na drobne, kompulsywne zakupy oczywiście jest dopuszczalna, ale kluczem do porządku w budżecie domowym jest właśnie ograniczanie dostępności łatwego pieniądza. Takie świadome zarządzanie środkami pozwoli nam lepiej przetrwać trudne czasy. W miarę możliwości dobrym rozwiązaniem są również próby gromadzenia pewnych, nawet minimalnych oszczędności. Robiąc drobne, ale systematycznie oszczędności zabezpieczymy się przed niespodziankami. Tworzenie oszczędności, które będą stanowić rezerwę, gdy np. kredyt będzie droższy lub nasze dochody w przyszłości mogą się zmniejszyć, pozwoli na łagodne przejście przez ewentualne problemy z płynnością finansową. Oczywiście zgromadzone tą drogą oszczędności mogą być też wykorzystane w późniejszym czasie do wcześniejszej spłaty kredytu, gdy nasza sytuacja finansowa ulegnie stabilizacji.

Do bardziej radykalnych i systemowych sposobów poprawy stanu własnego budżetu zaliczylibyśmy już takie działania, jak świadome ograniczanie konsumpcji, czy zastępowanie droższych produktów, tańszymi. Wbrew pozorom do pewnego zakresu jest to możliwe bez znaczącej utraty ich funkcjonalności. Korzystając z dużej konkurencji na rynku można rzeczywiście obniżyć koszty życia, bez obniżania drastycznie jego standardu. Działania kredytobiorcy mogą też zmierzać do powiększania swojej siły dochodowej. Zastanowienie się nad swoją drogą zawodową, próby poszukiwania lepiej płatnej pracy, bardziej aktywne zachowania na rynku pracy pozwolą na powiększenie naszych dochodów. Kolejną sprawą jest bilans posiadanych aktywów. Być może nie potrzebujemy np. dwóch samochodów w rodzinie, ale również np. niektórych urządzeń. Dzięki dostępności i taniości aukcji internetowych być może za czasami nawet niewiele warte rzeczy, które są dla nas zbędne można uzyskać całkiem sensowne pieniądze.

I na sam koniec pozostaje nam pozostaje jeszcze „wiara i optymizm”, że damy sobie radę. Chcieć to móc mówi przysłowie, więc warto zawsze być nastawionym pozytywnie, ale takie nastawienie nie powinno eliminować poczucia odpowiedzialności za budżet domowy. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości, co do własnych możliwości finansowych, umiejętności należy zawsze szukać profesjonalnej porady u osób znających realia finansów. I jeśli nawet pojawiają się kłopoty, nie załamywać rąk, tylko szukać rozwiązań w porozumieniu z bankiem. Częstym błędem kredytobiorców mających trudności ze spłatą kredytu jest oczekiwanie na cud. Brnięcie w długi licząc na odwrócenie złej passy. Niestety takie podejście zawsze kończy się źle, a gdy do drzwi puka komornik jest już za późno. Pamiętając o kilku prostych zasadach i odpowiednio wcześniej przygotowując się na trudne czasy, mając za oręż zdrowy rozsądek, żaden kryzys nie będzie nam już straszny.

Dr Bogusław Półtorak / Główny Ekonomista Bankier.pl S.A.

niedziela, 5 października 2008

Plan Paulsona

Czy upadek Planu Paulsona uratuje system kapitalistyczny?
http://www.blogger.com/img/gl.bold.gif
Odrzucenie Planu Paulsona i miliardów dolarów pomocy dla instytucji finansowych przez amerykański Kongres oznacza ratunek dla systemu wolnorynkowego w Stanach Zjednoczonych. Równocześnie obecna pomoc dla prywatnych instytucji finansowych ze strony rządów państw europejskich oznacza zaprzeczenie zasadom systemu kapitalistycznego - przypomina raczej system socjalistyczny, w którym całe społeczeństwo ponosi koszty nieudolności kilku osób.

W związku z kryzysem finansowym, który ogarnął najpierw Amerykę, a teraz Europę, zapomniano, że banki i inne instytucje finansowe to przede wszystkim przedsiębiorstwa. We wszystkich państwach, które dotknął obecnie kryzys, regulacje prawne przewidują, że przedsiębiorstwo, które nie może spłacić swoich bieżących zobowiązań, ogłasza swoją upadłość. Dlatego w przeszłości w następstwie wysokich strat Bank Barings ogłosił swą upadłość, a brytyjski rząd nie interweniował. Następnie bank ten został przejęty przez ING za symbolicznego funta, co później okazało się być bardzo dobrym interesem. Również w Polsce, gdy w 2001 r. Bank Staropolski wykazał duże straty, Komisja Nadzoru Bankowego (KNB) nie zachwiała się, aby zawiesić jego działalność i skierować wniosek do sądu o jego upadłość. W następstwie upadłości Banku Staropolskiego część z deponentów straciła swoje oszczędności. Zatem powstaje dziś pytanie, dlaczego nagle zmienia się zasady rynkowe, gdy upada bank lub inna instytucja finansowa. Obecne ratowanie banków nie tylko może być kosztowne dla podatników, ale również zepsuć dotychczasowe zasady wolnego rynku. Nowe zasady są też trudne do zrozumienia, bo dlaczego w przeszłości nikt nie zastanawiał się na przykład w Polsce nad ratowaniem oszczędności deponentów w upadłej Warszawskiej Grupie Inwestycyjnej. W tym przypadku trudno też będzie uzasadnić brak pomocy dla polskiego przemysłu stoczniowego ze strony rządu, gdy w tym samym czasie bez wahania inwestuje się środki publiczne w prywatne banki, które z własnej winy przeżywają dziś kłopoty.

Wbrew pozorom upadłość instytucji finansowej nie musi oznaczać koniecznie czegoś złego dla deponentów i gospodarki. Dobrze przeprowadzony proces naprawczy może oznaczać tylko nowy etap w działalności instytucji finansowej, gdyż zawsze przed ogłoszeniem upadłości istnieje możliwość zawarcia układu z wierzycielami. W wyniku takiego układu może dojść na przykład do konwersji dotychczasowego długu na akcje, co uzdrowi sytuacje finansową w danej instytucji finansowej. Na tej transakcji tracą dotychczasowi udziałowcy, ale sama instytucja może wyjść z kryzysu w następstwie oddłużenia i dzięki kapitałom od nowych właścicieli. Alternatywnie wierzyciele mogą się też zdecydować na częściowe umorzenie długu tak, aby z mniejszymi zobowiązaniami instytucja mogła dalej funkcjonować na rynku i spłacić pozostałą cześć kredytu. W praktyce gospodarczej spotykamy się najczęściej z obydwoma rozwiązaniami łącznie, a więc umorzeniem długu i konwersją wierzytelności na akcje. Dlaczego zatem nie można tego dokonać teraz, w przypadku upadających banków i innych instytucji finansowych, jeśli funkcjonuje to w innych przedsiębiorstwach?

Część z osób popierających plan ratowania instytucji finansowych ze środków publicznych będzie argumentować, że nie mamy na to teraz czasu. Ich zdaniem procedura układu z wierzycielami jest zbyt długa i uciążliwe mogą się okazać negocjacje. Dlatego według nich może to spowodować, że kryzys będzie się coraz bardziej rozprzestrzeniał i będą się pojawiać coraz to nowe jego ofiary. Argumentację taką przedstawiali dotychczas głównie rządzący oraz organy nadzoru, które zdecydowały się niedawno na ratowanie upadających instytucji finansowych. Niestety nie można się na to godzić, gdyż uderza to w zasady działalności systemu kapitalistycznego. Negatywnie też należy ocenić ostatnie interwencje rządowe w zasady wolnego rynku, w tym w ograniczenie krótkiej sprzedaży akcji instytucji finansowych w Stanach Zjednoczonych. Jednak za apogeum zamachu na system kapitalistyczny należy uznać plan amerykańskiego sekretarza skarbu Henry’ego Paulsona. Plan ten zakładał nabywanie aktywów od instytucji finansowych, ale zabrakło w nim określenia po jakiej cenie.

Jeżeli banki i inne instytucje finansowe nie mogą pozyskać kapitału, czy to przez emisję akcji lub długu, to oznacza, że sektor prywatny nie może wycenić ich aktywów i obawia się, że w wyniku tego może przepłacić nabywając te aktywa. Zatem pytanie jest, czy rząd jest i będzie w stanie w lepszy sposób wycenić poszczególne aktywa instytucji finansowych, które zamierza nabyć w przyszłości. W tym przypadku odpowiedź jest negatywna, gdyż w przypadku negocjacji między stroną rządową a bankierem, który otrzyma bonus za wynegocjowaną cenę, motywacja obu stron od początku się istotnie różni. Zatem z góry plan Paulsona przewidywał możliwość nabywania aktywów po zawyżonych cenach. W ten sposób powstałaby jedynie charytatywna akcja na koszt amerykańskich podatników. Natomiast jeżeli transfer środków publicznych byłby duży, to może i nawet udałoby się zahamować obecny kryzys, ale pytanie pozostaje za jaką cenę.

Cena nie tylko byłaby wysoka i wynosiłaby miliardy dolarów z pieniędzy podatników, ale przede wszystkim oznaczałoby to łamanie fundamentów wolnorynkowej gospodarki. Już teraz reguły te zostały złamane, gdyż ratowanie AIG oraz Bear Sterns nie było wymagane przez prawo amerykańskie, gdyż instytucje te nie były ubezpieczone przez system federalny. Natomiast w następstwie ratowania tych instytucji stworzono bardzo niebezpieczny precedens, który niestety zostaje obecnie powielany w Europie.

Dla instytucji finansowych świadomość ta jest bardzo wygodna, gdyż dziś wiedzą, że mogą zostać uratowane ze środków podatników. Z drugiej strony zmuszenie wierzycieli do wymiany wierzytelności na akcje, czy też umorzenia części długu oznaczałoby, że koszty ratowania musiałby w większości ponieść sektor finansowy. Jednakże zmuszenie wierzycieli, którzy zdawali sobie sprawę z ryzyka, do poniesienia skutków obecnego kryzysu oznaczałoby takie same naruszenie praw własności, jak wykorzystanie środków publicznych do ratowania prywatnych banków. Jednakże to przedstawiciele banków decydują dziś wraz z rządem i organami nadzoru o ratowaniu instytucji finansowych, a nie podatnik w Stanach Zjednoczonych czy też w Europie.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że sam autor upadłego planu - Henry Paulsona był pracownikiem banku inwestycyjnego Goldman Sachs od 1974 r. W 1982 r. został on partnerem i tym samym udziałowcem tego banku. Natomiast w 1999 r., gdy Goldman Sachs został wprowadzony na giełdę, został on jego prezesem. Pod koniec 2006 r., gdy Henry Paulson przechodził do Białego Domu na stanowisko Sekretarza Skarbu posiadał on akcje Goldman Sachs, które były wtedy wyceniane na ponad 700 milionów dolarów. Natomiast jego nowe wynagrodzenie jako sekretarza skarbu miało wynieść 175 700 dolarów rocznie. Wiele osób dziwiło się wtedy, dlaczego ktoś rezygnuje z pozycji prezesa banku inwestycyjnego z rocznym wynagrodzeniem wraz z bonusami w wysokości blisko 40 milionów dolarów na rzecz słabo płatnego stanowiska w administracji Białego Domu. Niektórzy już wtedy uważali, że jego przejście jest oznaką nadchodzących problemów dla sektora finansowego, gdyż pozwoliło mu ono znaleźć uzasadnienie na sprzedaż posiadanych przez niego akcji Goldman Sachs. W Stanach Zjednoczonych, tak jak w Polsce, osoby piastujące wysokie stanowiska w administracji nie mogą być udziałowcami w spółkach. W związku z tym osoby te najczęściej oddają swoje środki do tzw. ślepych funduszy, o których ona nie wie, w co są inwestowane jej pieniądze i tym samym nie można jej oskarżać o forsowanie rozwiązań korzystnych dla siebie. Niestety, o tych faktach mało kto wspominał, gdy dyskutowany był publicznie plan Paulsona, jak i również o faktcie, że duża część z byłych i obecnych przedstawicieli w rządzie amerykańskim to byli pracownicy Goldman Sachs lub innych też instytucji finansowych.

W Stanach Zjednoczonych zwyciężył na razie zdrowy rozsądek i Plan Paulsona upadł. Jego wdrożenie zmieniłoby oblicze systemu finansowego na lata. Niestety w Europie nie możemy zaobserwować takiego kierunku i dziś miliardy euro przeznaczane są na ratowanie prywatnych instytucji finansowych. Oznacza to nic innego, że zyski wygenerowane przez instytucje finansowe są prywatne, zaś ich straty muszą dziś pokrywać całe społeczeństwa. Przypomina to trochę system socjalistyczny, w którym niewielka grupa odnosiła korzyści kosztem całego społeczeństwo. Zachowanie takie nie powinno być usprawiedliwiane i zamiast tego należy wdrożyć w miarę szybko alternatywny plan ratowania systemu finansowego. Plan ten powinien być oparty na zasadach wolnorynkowych, w którym osoby muszą ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje, a nieodpowiedzialne zachowanie jest karane.

Oskar Kowalewski

Autor jest adiunktem w Instytucie Gospodarki Światowej SGH oraz współzałożycielem SEENDICATE

poniedziałek, 29 września 2008

Venture Incubator S.A.

Wraz z końcem sierpnia Venture Incubator S.A. zaktualizował swoje portofolio. Wśród nowych spółek komercyjnego inkubatora startupów pojawiły się – popularny wortal IT – Dziennik Internautów oraz call center – Callmedia.

Venture Incubator S.A. ma za cel wspierać finansowo i operacyjnie wybrane projekty internetowe i pomagać im w osiągnięciu sukcesu. Bezpośrednie działania i zaangażowanie członków inkubatora pozwoli budować wartość inkubowanych produktów, co z kolei umożliwi znalezienie dla nich dobrych partnerów lub inwestorów. „Chcemy wykorzystać doświadczenie, które zdobywaliśmy przyczyniając się do sukcesów takich przedsięwzięć jak Bankier.pl, Livechat Software S.A., IPO.pl, czy Monetto.pl. – mówi Sebastian Kwiecień, prezes Venture Incubator S.A.

Pozyskany w sierpniu Dziennik Internautów obecny jest w polskim internecie od 2002 roku jako opiniotwórczy wortal dotyczący rynku internetowego. Od tego czasu zdobył sobie popularność wśród użytkowników, jest też często cytowany przez inne media internetowe. „W ramach działań inkubacyjnych zamierzamy pracować nad rozbudową działu sprzedażowego spółki oraz rozwojem funkcjonalnym serwisu.” – komentuje rozwój projektu Sebastian Kwiecień, prezes Venture Incubator.

Ostatnią z nowości w portfolio wrocławskiego inkubatora jest Callmedia Sp. z o.o. - ponad 100-stanowiskowe call center z siedzibą we Wrocławiu. „Automatyzacja sprzedaży i kanał telefoniczny są niezbędne nie tylko w biznesach tradycyjnych, ale również w internetowych.” – tłumaczy powód pozyskania udziałów Kwiecień – „Stawiamy na duże możliwości wynikające ze współdziałania naszych pozostałych spółek portfelowych z Callmedia. Przynależność do jednej grupy finansowej rodzi ciekawe możliwości optymalizacji kosztów i co za tym idzie generuje przewagę konkurencyjną”.

Poza dwoma nowymi projektami w portfelu inkubatora są przedsięwzięcia, które wcześniej wchodziły już w skład grupy: Internet Works Sp. z o.o., projekt Skandynawia, projekt Webceo oraz projekt Timecamp.