Najważniejsze wydarzenia z 17 marca 2009 r.:
· Marcowy indeks ZEW w Niemczech wzrósł do minus 3,5 pkt
· Lutowa deflacja PPI w USA wyniosła 1,3%, bazowa inflacja spadła do 4%
· Lutowa liczba rozpoczętych budów i wydanych pozwoleń na budowę w USA wyniosły odpowiednio 583 tys. i 547 tys.
· Lutowe płace w Polsce wzrosły o 5,1% r/r, zatrudnienie spadło o 0,2% r/r
Diagnoza sytuacji na rynkach finansowych
Warszawska giełda nie przestaje zaskakiwać. O ile wczorajszą realizację zysków można było zrozumieć, to słabość, jaką wykazuje w pierwszej części dzisiejszych notowań jest rozczarowaniem. WIG zaczął od zwyżki, ale jeszcze przed 11.00 znalazł się na minusie. Wrócił do 23 tys. pkt. Widać, że strefa 22,8-23 tys. pkt odgrywa istotną rolę i na podstawie zachowania rynku na tym poziomie trzeba budować scenariusze na przyszłość. Póki jesteśmy ponad tą barierą uzasadniony jest ostrożny optymizm. Zejście poniżej niej będzie znów zachęcać do negatywnego spojrzenia na przyszłą koniunkturę. Ostatnie notowania potwierdzają wszystkie słabości naszego parkietu - brak fundamentalnych przesłanek do wzrostu, brak kapitału chętnego do płacenia coraz więcej za walory i przede wszystkim brak okresu akumulacji papierów, który tworzyłby podstawę do trwalszego ruchu w górę. Inwestorzy mają świadomość, że główną przesłanką przemawiającą za wzrostem jest to, że wcześniej giełda mocno spadła. Zniżka była silniejsza niż się można było tego u progu tego roku spodziewać. To wywołuje skłonność do polowania na dołek. Dopóki jednak inwestorzy będą chcieli kupować jedynie wtedy, gdy przez rynek przetoczy się silna przecena, a nie będą gotowi wydawać pieniędzy po okresie wyraźniejszego wzrostu, trudno będzie mówić o możliwości ukształtowania trwalszej tendencji zwyżkowej.
Widać, że nasi inwestorzy obawiają się tego, że ruch zwyżkowy na świecie, nie przybierze trwalszego charakteru. Obawa jest tym większa, że S&P 500 szybko zbliżył się do bardzo silnej bariery, jaką jest teraz 800 pkt. W obawie przed odbiciem od niej niewielu chce ryzykować kupno akcji u nas. Można jednak przypuszczać, że im dłużej amerykański parkiet będzie się bronił przed zniżką (wystarczy, że przez pewien czas będzie tkwił na podobnym poziomie i dawał nadzieję na pokonanie bariery 800 pkt), tym bardziej będzie rosła pewność siebie kupujących u nas. Często się zdarza, że długo zwlekamy z podążaniem za zwyżkami na świecie, by potem w jedną, dwie sesje, nadrobić całe zaległości. By było to jednak możliwe, konieczne jest utrzymanie naszego rynku na obecnych poziomach, nie dopuszczenie do większego spadku, który mógłby wyzwolić lawinę realizowania zysków.
Nastrój w Europie psują dziś dane o najszybszym od początku lat 70. XX wieku wzroście bezrobocia w Wielkiej Brytanii. U nas inwestorzy będą w niepewności czekać na dane o produkcji przemysłowej. W sumie nie powinna to być sesja, która w istotny sposób zmieni obraz rynków.
Na rynkach 18 marca 2009 r.:
· W lutym liczba bezrobotnych w Wielkiej Brytanii zwiększyła się o 138,4 tys.
· Cotygodniowe dane o liczbie kredytów hipotecznych w USA
· Lutowa inflacja CPI w USA
· Bilans obrotów bieżących w USA w IV kw. 2008 r.
· Lutowa produkcja przemysłowa i jej ceny w Polsce
· Decyzja Komitetu Otwartego Rynku w sprawie stóp procentowych w USA
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GPW. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GPW. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 19 kwietnia 2009
czwartek, 30 października 2008
Wskaźniki parkietu - w rocznicę maksimów
Dokładnie rok temu, bo 29 października 2007 r., wskaźnik największych i najbardziej płynnych spółek na warszawskim parkiecie ustanowił najwyższy poziom w historii docierając do 3940,53 pkt. Biorąc pod uwagę dzisiejsze dzienne maksimum na poziomie 1739,02 pkt, wychodzi na to, że w ciągu 12 miesięcy indeks WIG20 zniżkował, aż o 56 proc. Choć z tej prostej arytmetyki wyraźnie widać, że dobrze nie jest, to niezaprzeczalnym faktem jest także to, że w pierwszej połowie tego tygodnia nastroje wśród giełdowych inwestorów nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie uległy wyraźnej poprawie. W poniedziałek indeks WIG20 wzrósł o 0,93 proc., wczoraj poszedł w górę o 3,51 proc., a dziś o godz. 12:45 zyskiwał na wartości, aż 6,35 proc. (1728,45 pkt).
Na światowym rynku akcji we wtorek indeks MSCI World zyskał na wartości 6,97 proc., w tym region Azji i Pacyfiku wzrósł 3,41 proc., Europa poszła w górę o 2,26 proc., a w Stanach Zjednoczonych główne indeksy skoczyły o ponad 10 proc. W tym ostatnim przypadku zwyżka DJIA o 10,88 proc. była drugą z największych w historii. Z kolei dziś indeks MSCI Asia Pacific dzień zakończył się wzrostem o 3,4 proc., na Starym Kontynencie o godz. 12:45 indeks DJ Stoxx 600 zyskiwał 5,30 proc., a w tym samym czasie kontrakty terminowe na amerykański indeks S&P500 znajdował się na „tylko" 0,74 proc. plusie, ale akurat to po wczorajszych gigantycznych zwyżkach (+10,79 proc.) nie powinno dziwić.
Na globalnym rynku towarowym wczoraj indeks Reuters/Jefferies CRB wzrósł o 0,32 proc., przy 2,96 proc. zwyżce (do 1,8585 USD/funt) grudniowych kontraktów terminowych na miedź na Comexie oraz 0,78 proc. spadku (do 62,73 USD/bar.) analogicznych futuresów na ropę na Nymexie. Dziś o godz. 12:45 te same kontrakty zyskiwały odpowiednio: 4,28 proc. (1,9380 USD/funt) oraz 4,81 proc. (65,75 USD/bar.).
Odpowiedź na pytanie o to dlaczego globalni inwestorzy kupują akcje na hura akurat teraz, jest zarazem bardzo proste, jak i niezwykle skomplikowane. Zdaniem większości analityków i ekonomistów na przestrzeni ostatnich dwóch dni rynki akcyjne (a pośrednio także towarowe) ciągną w górę przede wszystkim dwa czynniki. Pierwszym z nich jest najniższa od wielu, wielu lat wycena giełdowych spółek, a drugim oczekiwanie na obniżki poziomu stóp procentowych ze strony największych banków centralnych. Poluzowanie polityki monetarnej przynajmniej teoretycznie powinno dać kolejny wzrostowy impuls słabnącej światowej gospodarce, a dodatkowo zwiększyć premię za ryzyko, czyli spowodować to, że inwestowanie w bardziej ryzykowne aktywa (np. akcje, towary, ale też waluty) będzie coraz bardziej opłacalne niż lokowanie środków w bezpiecznych aktywach (przede wszystkim obligacje rządowe). W obecnej chwili wszystko wskazuje na to, że na kończącym się dziś dwudniowym posiedzeniu (decyzja o godz. 19:15 czasu polskiego) Federalny Komitet Otwartego Rynku zdecyduje się na agresywną obniżkę poziomu stóp procentowych za oceanem. Biorąc pod uwagę zarówno ankiety agencji informacyjnych, jak i zachowanie kontraktów terminowych najbardziej, a w zasadzie w 100 proc., oczekiwane jest obniżenie poziomu stóp procentowych w USA o 50 pkt bazowych do poziomu 1,00 proc. najniższego od czerwca 2004 r. Dodatkowo rynek terminowy w pewnym stopniu wycenia także prawdopodobieństwo „cięcia" o 75 pkt bazowych, a pojedyncze głosy zagranicznych instytucji finansowych i analityków mówią nawet o 100 pkt obniżce. W tym ostatnim przypadku możliwe zejście ze stopami w USA do poziomu 0,5 proc. należy traktować jednak na zasadzie czystego science fiction. Pytanie o to, o ile Fed obniży dziś stopy, czy o 50, czy 75 pkt bazowych, a może tylko o 25 pkt - bo takie opinie też się pojawiają, pozostaje więc otwarte. Fed zapewne już wie, jak wyglądał wzrost gospodarczy w USA w III kwartale, a rynek dowie się o tym dopiero w czwartek po południu. Prognozy jak na razie wskazują na to, że PKB w ujęciu rocznym spadł w okresie lipiec-wrzesień o 0,5 proc. po 2,8 proc. wzroście w II kwartale. Dodatkowo w ostatnim czasie wyraźnie wzrosło też prawdopodobieństwo kolejnej obniżki stóp procentowych w Eurolandzie - mówił o tym szef ECB, a dziś pojawiły się informacje (a bardziej spekulacje) wskazujące na to, że koszt pieniądza może obniżyć także Bank Japonii. Co więcej dziś bank centralny Chin obniżył poziom stóp procentowych po raz trzeci na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy - główna stopa spadła do 6,66 proc. z 6,93 proc. Do tych dwóch czynników dochodzi także jeszcze jeden, a związany z tym, że dotychczasowe działania zarówno rządów, jak i banków centralnych, mające na celu zmniejszenie napięcia na rynkach finansowych pożądany efekt - stawki na rynku pieniężnym idą w dół. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że wszystkie czynniki o których mowa powyżej, czyli niskie wyceny spółek, oczekiwania na cięcia stóp w światowej gospodarce (no może poza Japonią, bo to jednak pewnego rodzaju nowość) oraz zmniejszenie klinczu na rynku finansowym, nie pojawiły się na nagle, ale funkcjonują już od dłuższego czasu. To, że inwestorzy akurat od wczoraj wykorzystują je wszystkie jako wsparcie do decyzji zakupowych, świadczy dobitnie o tym, że gra na światowych giełdach nadal przebiega nie pod dyktando fundamentów, ale emocji.
Na polskim rynku finansowym od początku tygodnia dobrze radzą sobie jednak nie tylko akcje na GPW, ale także nasza waluta. Kurs USD/PLN zniżkował dziś nawet do 2,8145, a kurs EUR/PLN spadł do 3,6060. Warto przypomnieć, że jeszcze w samej końcówce ubiegłego tygodnia obie pary walutowe znajdowały się na najwyższych poziomach od września 2006 r. sięgając odpowiednio: 3,1559 i 3,9463. W środę o godz. 12:45 cena dolara wynosiła 2,8203 (-4,53 proc.), a cena euro była równa 3,6116 (-2,01 proc.). W momencie sporządzania tego komentarza wynik kończącego się dziś dwudniowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej nie był znany, ale mało, a praktycznie nic, nie wskazywało na to, aby miał być on zaskakujący, tzn. aby dotychczasowy poziom stóp procentowych w Polsce miał ulec zmianie - obecnie wynosi on 6,00 proc.
Marek Nienałtowski / Główny Analityk Rynków Finansowych
Na światowym rynku akcji we wtorek indeks MSCI World zyskał na wartości 6,97 proc., w tym region Azji i Pacyfiku wzrósł 3,41 proc., Europa poszła w górę o 2,26 proc., a w Stanach Zjednoczonych główne indeksy skoczyły o ponad 10 proc. W tym ostatnim przypadku zwyżka DJIA o 10,88 proc. była drugą z największych w historii. Z kolei dziś indeks MSCI Asia Pacific dzień zakończył się wzrostem o 3,4 proc., na Starym Kontynencie o godz. 12:45 indeks DJ Stoxx 600 zyskiwał 5,30 proc., a w tym samym czasie kontrakty terminowe na amerykański indeks S&P500 znajdował się na „tylko" 0,74 proc. plusie, ale akurat to po wczorajszych gigantycznych zwyżkach (+10,79 proc.) nie powinno dziwić.
Na globalnym rynku towarowym wczoraj indeks Reuters/Jefferies CRB wzrósł o 0,32 proc., przy 2,96 proc. zwyżce (do 1,8585 USD/funt) grudniowych kontraktów terminowych na miedź na Comexie oraz 0,78 proc. spadku (do 62,73 USD/bar.) analogicznych futuresów na ropę na Nymexie. Dziś o godz. 12:45 te same kontrakty zyskiwały odpowiednio: 4,28 proc. (1,9380 USD/funt) oraz 4,81 proc. (65,75 USD/bar.).
Odpowiedź na pytanie o to dlaczego globalni inwestorzy kupują akcje na hura akurat teraz, jest zarazem bardzo proste, jak i niezwykle skomplikowane. Zdaniem większości analityków i ekonomistów na przestrzeni ostatnich dwóch dni rynki akcyjne (a pośrednio także towarowe) ciągną w górę przede wszystkim dwa czynniki. Pierwszym z nich jest najniższa od wielu, wielu lat wycena giełdowych spółek, a drugim oczekiwanie na obniżki poziomu stóp procentowych ze strony największych banków centralnych. Poluzowanie polityki monetarnej przynajmniej teoretycznie powinno dać kolejny wzrostowy impuls słabnącej światowej gospodarce, a dodatkowo zwiększyć premię za ryzyko, czyli spowodować to, że inwestowanie w bardziej ryzykowne aktywa (np. akcje, towary, ale też waluty) będzie coraz bardziej opłacalne niż lokowanie środków w bezpiecznych aktywach (przede wszystkim obligacje rządowe). W obecnej chwili wszystko wskazuje na to, że na kończącym się dziś dwudniowym posiedzeniu (decyzja o godz. 19:15 czasu polskiego) Federalny Komitet Otwartego Rynku zdecyduje się na agresywną obniżkę poziomu stóp procentowych za oceanem. Biorąc pod uwagę zarówno ankiety agencji informacyjnych, jak i zachowanie kontraktów terminowych najbardziej, a w zasadzie w 100 proc., oczekiwane jest obniżenie poziomu stóp procentowych w USA o 50 pkt bazowych do poziomu 1,00 proc. najniższego od czerwca 2004 r. Dodatkowo rynek terminowy w pewnym stopniu wycenia także prawdopodobieństwo „cięcia" o 75 pkt bazowych, a pojedyncze głosy zagranicznych instytucji finansowych i analityków mówią nawet o 100 pkt obniżce. W tym ostatnim przypadku możliwe zejście ze stopami w USA do poziomu 0,5 proc. należy traktować jednak na zasadzie czystego science fiction. Pytanie o to, o ile Fed obniży dziś stopy, czy o 50, czy 75 pkt bazowych, a może tylko o 25 pkt - bo takie opinie też się pojawiają, pozostaje więc otwarte. Fed zapewne już wie, jak wyglądał wzrost gospodarczy w USA w III kwartale, a rynek dowie się o tym dopiero w czwartek po południu. Prognozy jak na razie wskazują na to, że PKB w ujęciu rocznym spadł w okresie lipiec-wrzesień o 0,5 proc. po 2,8 proc. wzroście w II kwartale. Dodatkowo w ostatnim czasie wyraźnie wzrosło też prawdopodobieństwo kolejnej obniżki stóp procentowych w Eurolandzie - mówił o tym szef ECB, a dziś pojawiły się informacje (a bardziej spekulacje) wskazujące na to, że koszt pieniądza może obniżyć także Bank Japonii. Co więcej dziś bank centralny Chin obniżył poziom stóp procentowych po raz trzeci na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy - główna stopa spadła do 6,66 proc. z 6,93 proc. Do tych dwóch czynników dochodzi także jeszcze jeden, a związany z tym, że dotychczasowe działania zarówno rządów, jak i banków centralnych, mające na celu zmniejszenie napięcia na rynkach finansowych pożądany efekt - stawki na rynku pieniężnym idą w dół. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że wszystkie czynniki o których mowa powyżej, czyli niskie wyceny spółek, oczekiwania na cięcia stóp w światowej gospodarce (no może poza Japonią, bo to jednak pewnego rodzaju nowość) oraz zmniejszenie klinczu na rynku finansowym, nie pojawiły się na nagle, ale funkcjonują już od dłuższego czasu. To, że inwestorzy akurat od wczoraj wykorzystują je wszystkie jako wsparcie do decyzji zakupowych, świadczy dobitnie o tym, że gra na światowych giełdach nadal przebiega nie pod dyktando fundamentów, ale emocji.
Na polskim rynku finansowym od początku tygodnia dobrze radzą sobie jednak nie tylko akcje na GPW, ale także nasza waluta. Kurs USD/PLN zniżkował dziś nawet do 2,8145, a kurs EUR/PLN spadł do 3,6060. Warto przypomnieć, że jeszcze w samej końcówce ubiegłego tygodnia obie pary walutowe znajdowały się na najwyższych poziomach od września 2006 r. sięgając odpowiednio: 3,1559 i 3,9463. W środę o godz. 12:45 cena dolara wynosiła 2,8203 (-4,53 proc.), a cena euro była równa 3,6116 (-2,01 proc.). W momencie sporządzania tego komentarza wynik kończącego się dziś dwudniowego posiedzenia Rady Polityki Pieniężnej nie był znany, ale mało, a praktycznie nic, nie wskazywało na to, aby miał być on zaskakujący, tzn. aby dotychczasowy poziom stóp procentowych w Polsce miał ulec zmianie - obecnie wynosi on 6,00 proc.
Marek Nienałtowski / Główny Analityk Rynków Finansowych
Etykiety:
Giełda,
GPW,
Inwestycje,
Stopy procentowe
środa, 15 października 2008
Zdolność kredytowa w czasach kryzysu?
W czasach, gdy na rynkach finansowych zawrotną karierę robi słowo „kryzys”, kredytobiorcy tracą swój optymizm. Łatwe do udźwignięcia raty kredytowe z reklam banków, szczególnie tej z kredytu hipotecznego, stają się coraz bardziej dolegliwe. Teoretycznie banki udzielając klientom kredytu o tak dużej wartości, na długi okres czasu powinny przewidzieć możliwą recesję i spadek dochodów, ale z ewentualnymi problemami w spłacie już kredytobiorca musi poradzić sobie sam. Jak więc ratować zdolność kredytową?
Tradycyjnie liczenie zdolności kredytowej bazuje w bankach na dość skomplikowanych metodach statystycznych, niemniej jednak zawsze cel jest ten sam. Bankowcy próbują po prostu ustalić, czy dany klient będzie w stanie spłacać z miesiąca na miesiąc ratę kredytu. Sęk w tym, że jeśli weźmiemy kredyt na 20-30 lat, to w tym czasie może zdarzyć się wszystko. Od zdarzeń losowych, po problemy finansowe, czy też kłopoty gospodarcze całego kraju. A po podpisaniu umowy kredytobiorca zostanie sam na sam z terminową spłatą kredytu. Czy można w jakiś sposób zagwarantować sobie zdolność kredytową? Wbrew pozorom nie jest to zbyt trudne, jednak zwiększa koszty kredytowania. Takim rozwiązaniem jest np. ubezpieczenie przed bezrobociem, co może pozwolić przetrwać okres pomiędzy utratą pracy i znalezieniem kolejnej posady. Polisa tego rodzaju nie jest jednak bezwarunkowa. Przede wszystkim wypłata ewentualnego świadczenia ograniczona jest do kilku miesięcy, więc nie chroni przed długotrwałym bezrobociem. Dużo ważniejsze może być posiadanie ubezpieczenia na życie. O ile, bowiem z utratą pracy można sobie jeszcze poradzić, to przeciwności losu już mogą nam uniemożliwić spłacenie kredytu. Wypadki, utrata zdrowia, a czasami i życia przez jedno ze współkredytobiorców jest nie tylko wielkim bólem, ale też wpędza najbliższych w duże problemy finansowe. Koszt właściwej polisy ubezpieczeniowej w relacji do wartości kredytu i możliwych szkód będzie po prostu niewielki. Będzie to niska cena za spokój. Na szczęście najtrudniejsze sytuacje zdarzają się jednak na tyle rzadko, że raczej powinniśmy zainteresować się tym, jak podołać spłacie kredytu na bieżąco.
Jak więc odpowiedzieć sobie w prosty sposób, na jaki kredyt nas stać? Na rynku amerykańskim, który jest dużo bardziej rozwinięty niż nasz, i gdzie udziela się o wiele, wiele więcej kredytów szacuje się, że bezpieczny poziom raty, to taki, który nie przekracza jednej trzeciej dochodów rozporządzalnych. Czyli zarabiając na rękę 2400 zł miesięcznie byłoby to 800 zł, a dla przykładowo 3000 zł byłoby to już 1000 zł. Sądzi się też, że bezpieczny poziom długu to dwu-trzykrotność dochodów rocznych brutto. W polskich warunkach przy zarobkach 5000 zł brutto miesięcznie byłoby to 150000 zł. Banki dziś oczywiście dają więcej kredytu przy takich dochodach, bo liczą, że dochody polskiego społeczeństwa będą szybko wzrastały. Potwierdza to wzrost wynagrodzeń. Takie założenie może być jednak niebezpieczne, szczególnie przy zaciąganiu kredytów mieszkaniowych, które udzielane są na długie terminy. Planowanie finansowe w takich warunkach budżetu domowego nie będzie już li tylko pustym sloganem. W prosty sposób można zapewnić sobie stabilność i bezpieczeństwo finansowe, dysponujące nawet relatywnie niskimi dochodami świadomie gospodarując środkami i przestrzegając kilku prostych i łatwych zasad.
Zalecanie dyscypliny wydatków wydaje się truizmem, ale istnieje kilka prostych sposobów na ich ograniczenie. Przede wszystkim warto dokładnie je planować, a środki, jakimi dysponujemy dzielić na budżety. Warto zastanowić się i spisać wszystkie wydatki stałe w danym miesiącu i dla nich zablokować środki na rachunku bankowym. Jednocześnie zastanawiając się, które grupy wydatków możemy obniżać. Ustalamy również bieżącą wysokość zobowiązań finansowych, w tym oczywiście kredytu hipotecznego. Jeśli nasze zobowiązania są zróżnicowane należałoby się zastanowić nad ich konsolidacją. Konsolidowanie długu i obniżanie kosztów finansowanie będzie stanowić ważny element strategii domowego budżetu. Jeśli spłacamy kredyt konsumpcyjny, samochodowy lub korzystamy z limitu w karcie kredytowej na pewno są one wyżej oprocentowane niż kredyt hipoteczny. Można w takim wypadku podwyższyć sumę kredytu hipotecznego w części z dowolnym celem i dzięki temu spłacić pozostałe, droższe w obsłudze zobowiązania. Obniży to koszty i pozwoli też lepiej kontrolować wydatki. Jedna wysoka rata działa też bardziej mobilizująco na kredytobiorcę niż wiele, ale drobnych kwot, które pozornie wydają się łatwiejsze do udźwignięcia. Iluzja niskich rat, co zresztą często jest wykorzystywane w reklamach, niejednego już kredytobiorcę wpędziła w kłopoty.
Po podzieleniu środków pozostałą kwotę do dyspozycji dzielimy również na części i również blokujemy na rachunku, Np. zakładając krótkoterminowe lokaty, aby środki nie były łatwo dostępne. Pozwoli nam to ochronić się przed niepotrzebnymi, impulsywnymi zakupami i wydatkami. Na zakupy warto wybierać się z odliczoną kwotą środków w postaci gotówki lub korzystając z ograniczonego salda w koncie. Niewielka ilość gotówki na drobne, kompulsywne zakupy oczywiście jest dopuszczalna, ale kluczem do porządku w budżecie domowym jest właśnie ograniczanie dostępności łatwego pieniądza. Takie świadome zarządzanie środkami pozwoli nam lepiej przetrwać trudne czasy. W miarę możliwości dobrym rozwiązaniem są również próby gromadzenia pewnych, nawet minimalnych oszczędności. Robiąc drobne, ale systematycznie oszczędności zabezpieczymy się przed niespodziankami. Tworzenie oszczędności, które będą stanowić rezerwę, gdy np. kredyt będzie droższy lub nasze dochody w przyszłości mogą się zmniejszyć, pozwoli na łagodne przejście przez ewentualne problemy z płynnością finansową. Oczywiście zgromadzone tą drogą oszczędności mogą być też wykorzystane w późniejszym czasie do wcześniejszej spłaty kredytu, gdy nasza sytuacja finansowa ulegnie stabilizacji.
Do bardziej radykalnych i systemowych sposobów poprawy stanu własnego budżetu zaliczylibyśmy już takie działania, jak świadome ograniczanie konsumpcji, czy zastępowanie droższych produktów, tańszymi. Wbrew pozorom do pewnego zakresu jest to możliwe bez znaczącej utraty ich funkcjonalności. Korzystając z dużej konkurencji na rynku można rzeczywiście obniżyć koszty życia, bez obniżania drastycznie jego standardu. Działania kredytobiorcy mogą też zmierzać do powiększania swojej siły dochodowej. Zastanowienie się nad swoją drogą zawodową, próby poszukiwania lepiej płatnej pracy, bardziej aktywne zachowania na rynku pracy pozwolą na powiększenie naszych dochodów. Kolejną sprawą jest bilans posiadanych aktywów. Być może nie potrzebujemy np. dwóch samochodów w rodzinie, ale również np. niektórych urządzeń. Dzięki dostępności i taniości aukcji internetowych być może za czasami nawet niewiele warte rzeczy, które są dla nas zbędne można uzyskać całkiem sensowne pieniądze.
I na sam koniec pozostaje nam pozostaje jeszcze „wiara i optymizm”, że damy sobie radę. Chcieć to móc mówi przysłowie, więc warto zawsze być nastawionym pozytywnie, ale takie nastawienie nie powinno eliminować poczucia odpowiedzialności za budżet domowy. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości, co do własnych możliwości finansowych, umiejętności należy zawsze szukać profesjonalnej porady u osób znających realia finansów. I jeśli nawet pojawiają się kłopoty, nie załamywać rąk, tylko szukać rozwiązań w porozumieniu z bankiem. Częstym błędem kredytobiorców mających trudności ze spłatą kredytu jest oczekiwanie na cud. Brnięcie w długi licząc na odwrócenie złej passy. Niestety takie podejście zawsze kończy się źle, a gdy do drzwi puka komornik jest już za późno. Pamiętając o kilku prostych zasadach i odpowiednio wcześniej przygotowując się na trudne czasy, mając za oręż zdrowy rozsądek, żaden kryzys nie będzie nam już straszny.
Dr Bogusław Półtorak / Główny Ekonomista Bankier.pl S.A.
Tradycyjnie liczenie zdolności kredytowej bazuje w bankach na dość skomplikowanych metodach statystycznych, niemniej jednak zawsze cel jest ten sam. Bankowcy próbują po prostu ustalić, czy dany klient będzie w stanie spłacać z miesiąca na miesiąc ratę kredytu. Sęk w tym, że jeśli weźmiemy kredyt na 20-30 lat, to w tym czasie może zdarzyć się wszystko. Od zdarzeń losowych, po problemy finansowe, czy też kłopoty gospodarcze całego kraju. A po podpisaniu umowy kredytobiorca zostanie sam na sam z terminową spłatą kredytu. Czy można w jakiś sposób zagwarantować sobie zdolność kredytową? Wbrew pozorom nie jest to zbyt trudne, jednak zwiększa koszty kredytowania. Takim rozwiązaniem jest np. ubezpieczenie przed bezrobociem, co może pozwolić przetrwać okres pomiędzy utratą pracy i znalezieniem kolejnej posady. Polisa tego rodzaju nie jest jednak bezwarunkowa. Przede wszystkim wypłata ewentualnego świadczenia ograniczona jest do kilku miesięcy, więc nie chroni przed długotrwałym bezrobociem. Dużo ważniejsze może być posiadanie ubezpieczenia na życie. O ile, bowiem z utratą pracy można sobie jeszcze poradzić, to przeciwności losu już mogą nam uniemożliwić spłacenie kredytu. Wypadki, utrata zdrowia, a czasami i życia przez jedno ze współkredytobiorców jest nie tylko wielkim bólem, ale też wpędza najbliższych w duże problemy finansowe. Koszt właściwej polisy ubezpieczeniowej w relacji do wartości kredytu i możliwych szkód będzie po prostu niewielki. Będzie to niska cena za spokój. Na szczęście najtrudniejsze sytuacje zdarzają się jednak na tyle rzadko, że raczej powinniśmy zainteresować się tym, jak podołać spłacie kredytu na bieżąco.
Jak więc odpowiedzieć sobie w prosty sposób, na jaki kredyt nas stać? Na rynku amerykańskim, który jest dużo bardziej rozwinięty niż nasz, i gdzie udziela się o wiele, wiele więcej kredytów szacuje się, że bezpieczny poziom raty, to taki, który nie przekracza jednej trzeciej dochodów rozporządzalnych. Czyli zarabiając na rękę 2400 zł miesięcznie byłoby to 800 zł, a dla przykładowo 3000 zł byłoby to już 1000 zł. Sądzi się też, że bezpieczny poziom długu to dwu-trzykrotność dochodów rocznych brutto. W polskich warunkach przy zarobkach 5000 zł brutto miesięcznie byłoby to 150000 zł. Banki dziś oczywiście dają więcej kredytu przy takich dochodach, bo liczą, że dochody polskiego społeczeństwa będą szybko wzrastały. Potwierdza to wzrost wynagrodzeń. Takie założenie może być jednak niebezpieczne, szczególnie przy zaciąganiu kredytów mieszkaniowych, które udzielane są na długie terminy. Planowanie finansowe w takich warunkach budżetu domowego nie będzie już li tylko pustym sloganem. W prosty sposób można zapewnić sobie stabilność i bezpieczeństwo finansowe, dysponujące nawet relatywnie niskimi dochodami świadomie gospodarując środkami i przestrzegając kilku prostych i łatwych zasad.
Zalecanie dyscypliny wydatków wydaje się truizmem, ale istnieje kilka prostych sposobów na ich ograniczenie. Przede wszystkim warto dokładnie je planować, a środki, jakimi dysponujemy dzielić na budżety. Warto zastanowić się i spisać wszystkie wydatki stałe w danym miesiącu i dla nich zablokować środki na rachunku bankowym. Jednocześnie zastanawiając się, które grupy wydatków możemy obniżać. Ustalamy również bieżącą wysokość zobowiązań finansowych, w tym oczywiście kredytu hipotecznego. Jeśli nasze zobowiązania są zróżnicowane należałoby się zastanowić nad ich konsolidacją. Konsolidowanie długu i obniżanie kosztów finansowanie będzie stanowić ważny element strategii domowego budżetu. Jeśli spłacamy kredyt konsumpcyjny, samochodowy lub korzystamy z limitu w karcie kredytowej na pewno są one wyżej oprocentowane niż kredyt hipoteczny. Można w takim wypadku podwyższyć sumę kredytu hipotecznego w części z dowolnym celem i dzięki temu spłacić pozostałe, droższe w obsłudze zobowiązania. Obniży to koszty i pozwoli też lepiej kontrolować wydatki. Jedna wysoka rata działa też bardziej mobilizująco na kredytobiorcę niż wiele, ale drobnych kwot, które pozornie wydają się łatwiejsze do udźwignięcia. Iluzja niskich rat, co zresztą często jest wykorzystywane w reklamach, niejednego już kredytobiorcę wpędziła w kłopoty.
Po podzieleniu środków pozostałą kwotę do dyspozycji dzielimy również na części i również blokujemy na rachunku, Np. zakładając krótkoterminowe lokaty, aby środki nie były łatwo dostępne. Pozwoli nam to ochronić się przed niepotrzebnymi, impulsywnymi zakupami i wydatkami. Na zakupy warto wybierać się z odliczoną kwotą środków w postaci gotówki lub korzystając z ograniczonego salda w koncie. Niewielka ilość gotówki na drobne, kompulsywne zakupy oczywiście jest dopuszczalna, ale kluczem do porządku w budżecie domowym jest właśnie ograniczanie dostępności łatwego pieniądza. Takie świadome zarządzanie środkami pozwoli nam lepiej przetrwać trudne czasy. W miarę możliwości dobrym rozwiązaniem są również próby gromadzenia pewnych, nawet minimalnych oszczędności. Robiąc drobne, ale systematycznie oszczędności zabezpieczymy się przed niespodziankami. Tworzenie oszczędności, które będą stanowić rezerwę, gdy np. kredyt będzie droższy lub nasze dochody w przyszłości mogą się zmniejszyć, pozwoli na łagodne przejście przez ewentualne problemy z płynnością finansową. Oczywiście zgromadzone tą drogą oszczędności mogą być też wykorzystane w późniejszym czasie do wcześniejszej spłaty kredytu, gdy nasza sytuacja finansowa ulegnie stabilizacji.
Do bardziej radykalnych i systemowych sposobów poprawy stanu własnego budżetu zaliczylibyśmy już takie działania, jak świadome ograniczanie konsumpcji, czy zastępowanie droższych produktów, tańszymi. Wbrew pozorom do pewnego zakresu jest to możliwe bez znaczącej utraty ich funkcjonalności. Korzystając z dużej konkurencji na rynku można rzeczywiście obniżyć koszty życia, bez obniżania drastycznie jego standardu. Działania kredytobiorcy mogą też zmierzać do powiększania swojej siły dochodowej. Zastanowienie się nad swoją drogą zawodową, próby poszukiwania lepiej płatnej pracy, bardziej aktywne zachowania na rynku pracy pozwolą na powiększenie naszych dochodów. Kolejną sprawą jest bilans posiadanych aktywów. Być może nie potrzebujemy np. dwóch samochodów w rodzinie, ale również np. niektórych urządzeń. Dzięki dostępności i taniości aukcji internetowych być może za czasami nawet niewiele warte rzeczy, które są dla nas zbędne można uzyskać całkiem sensowne pieniądze.
I na sam koniec pozostaje nam pozostaje jeszcze „wiara i optymizm”, że damy sobie radę. Chcieć to móc mówi przysłowie, więc warto zawsze być nastawionym pozytywnie, ale takie nastawienie nie powinno eliminować poczucia odpowiedzialności za budżet domowy. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości, co do własnych możliwości finansowych, umiejętności należy zawsze szukać profesjonalnej porady u osób znających realia finansów. I jeśli nawet pojawiają się kłopoty, nie załamywać rąk, tylko szukać rozwiązań w porozumieniu z bankiem. Częstym błędem kredytobiorców mających trudności ze spłatą kredytu jest oczekiwanie na cud. Brnięcie w długi licząc na odwrócenie złej passy. Niestety takie podejście zawsze kończy się źle, a gdy do drzwi puka komornik jest już za późno. Pamiętając o kilku prostych zasadach i odpowiednio wcześniej przygotowując się na trudne czasy, mając za oręż zdrowy rozsądek, żaden kryzys nie będzie nam już straszny.
Dr Bogusław Półtorak / Główny Ekonomista Bankier.pl S.A.
Etykiety:
Akcje,
Bank,
Doradztwo,
Finanse,
Firma,
Giełda,
GPW,
Incubator,
Indeksy,
Inflacja,
Inwestycje,
Kredyty,
Kryzys,
Przejęcia,
Społeczność,
Sponsoring,
Stopy procentowe
Analiza na światowych rynkach
Czy leci z nami pilot?
Początek tygodnia przyniósł gwałtowną i kolosalną wręcz zmianę nastrojów na światowych rynkach. Inwestorzy, którzy jeszcze w piątek wyzbywali się akcji na potęgę, zmienili swoje zapatrywanie na rynek o 180 stopni, a fala wzrostów, która zalała światowe parkiety była rekordowo wysoka. W poniedziałek już w trakcie azjatyckiej części handlu indeks MSCI Asia Pacific (okrojony o świętującą tego dnia Dzień Zdrowia i Sportu Japonię) wzrósł o 7,44 proc., a potem było już tylko lepiej. Paneuropejski DJ Stoxx 600 zakończył sesję na 9,87 proc. plusie, najwyższym w historii, a następnie najpotężniejszy od 1939 r. wzrost zanotował amerykański S&P500, zyskując 11,58 proc. i przebijając w górę psychologiczną barierę 1000 pkt. Dziś znowu mamy powtórkę z rozrywki. Kolejny po MSCI Asia Pacific benchmark dla regionu Azji i Pacyfiku, czyli DJ Stoxx Asia Pacific 600 skoczył o 10,5 proc. (stan na godz. 9:00), a japoński indeks Nikkei 225 zwyżkował najsilniej w historii, bo aż o 14,15 proc. We wtorek w Europie też nie najgorzej, bo o godz. 10:40 DJ Stoxx 600 rósł o 4,81 proc.
Powód tak gigantycznych wzrostów jest tylko jeden, ale za to jak ważny. Inwestorzy w końcu uwierzyli nie tylko w to, że rządy i banki centralne na całym świecie zrobią dosłownie wszystko, aby zwalczyć obecny kryzys i dać w ten sposób pośrednio odetchnąć słabnącej gospodarce, ale też w to, że te masowe działania w końcu przyniosą pożądany skutek. Wszystko zaczęło się tak naprawdę w sobotę, kiedy to ministrowie finansów oraz szefowie banków centralnych siedmiu najbogatszych państw świata (G7) we wspólnym oświadczeniu zgodzili się, że obecna sytuacja wymaga niezwłocznych i nadzwyczajnych działań. Dzień później państwa członkowskie strefy euro przyjęły w Paryżu plan ratowania banków, obejmujący m.in. gwarancje dla pożyczek międzybankowych oraz ochronę banków przed bankructwem poprzez ich dekapitalizację. Na wynik tych obu spotkań nie trzeba było długo czekać. W poniedziałek praktycznie z każdego zakątka Europy spływały co chwila informacje o tym, że konkretne kraje (w tym Wielka Brytania, Niemcy, Francja) wykładają na stół ogromne ilości środków finansowych, które mają być przeznaczone na zwiększenie gwarancji i dokapitalizowanie instytucji finansowych, lub jak kto woli na nabycie w nich udziałów. Co więcej także wczoraj dokładnie o godz. 9:00 rano pojawiła się informacja Fed, że Bank Anglii, Europejski Bank Centralny oraz Bank Szwajcarii udostępnią instytucjom finansowym nieograniczoną ilość funduszy w dolarach, przeprowadzając aukcje krótkoterminowych stałooprocentowanych 7, 24 i 84 dniowych pożyczek oraz to, że podobne działania rozważa także Bank Japonii. Jakby tego było mało to dziś napłynęły doniesienia o tym, że administracja Busha zainwestuje 125 miliardów dolarów w uprzywilejowane akcje dziewięciu największych amerykańskich banków (Citigroup, Goldman Sachs, Wells Fargo, JPMorgan Chase, Bank of America, Merrill Lynch, Morgan Stanley, State Street, Bank of New York Mellon), co oczywiście jest częścią przyjętego nie tak dawno temu Planu Paulsona. Konferencja prasowa w tej sprawie ma się odbyć jeszcze dziś o godz. 14:30 czasu polskiego.
Zdecydowana poprawa nastrojów na rynku akcji i wiążące się z tym nadzieje na uratowanie światowej gospodarki znalazły też swoje natychmiastowe odbicie w rynkach towarowych. W poniedziałek indeks Reuters/Jefferies CRB wzrósł o 3,04 proc., a w USA listopadowe kontrakty terminowe na ropę na Nymexie poszły w górę o 4,49 proc. (81,19 USD/bar.), a te grudniowe na miedź skoczyły o 7,83 proc. W dół o 0,98 proc. zapikowały za to grudniowe futuresy na złoto. Dziś trend ten jest kontynuowany, tyle że do grona zwyżkujących dołączyło także nieśmiało, ale jednak, złoto. O godz. 10:40 kontrakty na ropę rosły o 3,13 proc. (83,73 USD/bar.), te na miedź o 5,21 proc., a te na złoto o 0,71 proc.
W poniedziałek na krajowym rynku akcyjnym w ślad za wspaniałą atmosferą na Zachodzie rynek otworzył się bardzo dobrze. Wszystkie główne indeksy GPW rozpoczęły sesję od silnych wzrostów i można by rzec, że inwestorzy zapomnieli o kolosalnej wyprzedaży do której doszło w trakcie piątkowego handlu, kiedy to indeks WIG20 zniżkował w ciągu dnia nawet o 13,5 proc. (1874,53 pkt) i znalazł się na najniższym poziomie od maja 2005 r. W rezultacie rano indeks WIG20 rósł nawet o 3,51 proc. (2001,5 pkt). Potem niestety było już tylko gorzej, a dzień skończyliśmy odpowiednio na +1,19 proc. (WIG20 2015,39 pkt) i +1,65 proc. (WIG). Tak nikłe zwyżki były niczym, przy tym co w tym samym czasie (16:30) działo się na Zachodzie i w USA, gdzie indeks DJ Stoxx 600 zyskiwał 7,09 proc., a S&P500 rósł o 5,26 proc. Pytanie o to dlaczego tak się stało, pozostaje jednak bez odpowiedzi. Choć dziś uczestnicy warszawskiego rynku w końcu się obudzili i o godz. 10:40 indeks WIG20 zwyżkował o 4,84 proc. (2112,91 pkt), a indeks WIG rósł o 4,59 proc., to nie ma co ukrywać, że straconej wczoraj szansy na większą aprecjację po prostu szkoda.
Poprawa nastrojów na świecie oraz większa chęć do ryzyka ze strony inwestorów zagranicznych pomogła także złotemu. Po fatalnej piątkowej sesji, kiedy to cena dolara skoczyła nawet do 2,6886 (była najwyższa od września 2007 r.), cena euro wzrosła do 3,6392 (była najwyższa od stycznia br.), a dzień zakończył się odpowiednio przy 2,6460 (+2,47 proc.) i 3,5612 (+1,23 proc.), w poniedziałek inwestorzy przystąpili do zakupów naszej waluty. Kurs USD/PLN spadł wczoraj do 2,6222 (-0,90 proc.), a kurs EUR/PLN zniżkował do 3,5416 (-0,55 proc.). Dziś złoty zyskuje jeszcze mocniej. O godz. 10:40 cena dolara idzie w dół o 2,60 proc. do 2,5540, a cena euro zniżkuje o 1,55 proc. do ok. 3,4865.
Komentarz sporządził: Marek Nienałtowski
Początek tygodnia przyniósł gwałtowną i kolosalną wręcz zmianę nastrojów na światowych rynkach. Inwestorzy, którzy jeszcze w piątek wyzbywali się akcji na potęgę, zmienili swoje zapatrywanie na rynek o 180 stopni, a fala wzrostów, która zalała światowe parkiety była rekordowo wysoka. W poniedziałek już w trakcie azjatyckiej części handlu indeks MSCI Asia Pacific (okrojony o świętującą tego dnia Dzień Zdrowia i Sportu Japonię) wzrósł o 7,44 proc., a potem było już tylko lepiej. Paneuropejski DJ Stoxx 600 zakończył sesję na 9,87 proc. plusie, najwyższym w historii, a następnie najpotężniejszy od 1939 r. wzrost zanotował amerykański S&P500, zyskując 11,58 proc. i przebijając w górę psychologiczną barierę 1000 pkt. Dziś znowu mamy powtórkę z rozrywki. Kolejny po MSCI Asia Pacific benchmark dla regionu Azji i Pacyfiku, czyli DJ Stoxx Asia Pacific 600 skoczył o 10,5 proc. (stan na godz. 9:00), a japoński indeks Nikkei 225 zwyżkował najsilniej w historii, bo aż o 14,15 proc. We wtorek w Europie też nie najgorzej, bo o godz. 10:40 DJ Stoxx 600 rósł o 4,81 proc.
Powód tak gigantycznych wzrostów jest tylko jeden, ale za to jak ważny. Inwestorzy w końcu uwierzyli nie tylko w to, że rządy i banki centralne na całym świecie zrobią dosłownie wszystko, aby zwalczyć obecny kryzys i dać w ten sposób pośrednio odetchnąć słabnącej gospodarce, ale też w to, że te masowe działania w końcu przyniosą pożądany skutek. Wszystko zaczęło się tak naprawdę w sobotę, kiedy to ministrowie finansów oraz szefowie banków centralnych siedmiu najbogatszych państw świata (G7) we wspólnym oświadczeniu zgodzili się, że obecna sytuacja wymaga niezwłocznych i nadzwyczajnych działań. Dzień później państwa członkowskie strefy euro przyjęły w Paryżu plan ratowania banków, obejmujący m.in. gwarancje dla pożyczek międzybankowych oraz ochronę banków przed bankructwem poprzez ich dekapitalizację. Na wynik tych obu spotkań nie trzeba było długo czekać. W poniedziałek praktycznie z każdego zakątka Europy spływały co chwila informacje o tym, że konkretne kraje (w tym Wielka Brytania, Niemcy, Francja) wykładają na stół ogromne ilości środków finansowych, które mają być przeznaczone na zwiększenie gwarancji i dokapitalizowanie instytucji finansowych, lub jak kto woli na nabycie w nich udziałów. Co więcej także wczoraj dokładnie o godz. 9:00 rano pojawiła się informacja Fed, że Bank Anglii, Europejski Bank Centralny oraz Bank Szwajcarii udostępnią instytucjom finansowym nieograniczoną ilość funduszy w dolarach, przeprowadzając aukcje krótkoterminowych stałooprocentowanych 7, 24 i 84 dniowych pożyczek oraz to, że podobne działania rozważa także Bank Japonii. Jakby tego było mało to dziś napłynęły doniesienia o tym, że administracja Busha zainwestuje 125 miliardów dolarów w uprzywilejowane akcje dziewięciu największych amerykańskich banków (Citigroup, Goldman Sachs, Wells Fargo, JPMorgan Chase, Bank of America, Merrill Lynch, Morgan Stanley, State Street, Bank of New York Mellon), co oczywiście jest częścią przyjętego nie tak dawno temu Planu Paulsona. Konferencja prasowa w tej sprawie ma się odbyć jeszcze dziś o godz. 14:30 czasu polskiego.
Zdecydowana poprawa nastrojów na rynku akcji i wiążące się z tym nadzieje na uratowanie światowej gospodarki znalazły też swoje natychmiastowe odbicie w rynkach towarowych. W poniedziałek indeks Reuters/Jefferies CRB wzrósł o 3,04 proc., a w USA listopadowe kontrakty terminowe na ropę na Nymexie poszły w górę o 4,49 proc. (81,19 USD/bar.), a te grudniowe na miedź skoczyły o 7,83 proc. W dół o 0,98 proc. zapikowały za to grudniowe futuresy na złoto. Dziś trend ten jest kontynuowany, tyle że do grona zwyżkujących dołączyło także nieśmiało, ale jednak, złoto. O godz. 10:40 kontrakty na ropę rosły o 3,13 proc. (83,73 USD/bar.), te na miedź o 5,21 proc., a te na złoto o 0,71 proc.
W poniedziałek na krajowym rynku akcyjnym w ślad za wspaniałą atmosferą na Zachodzie rynek otworzył się bardzo dobrze. Wszystkie główne indeksy GPW rozpoczęły sesję od silnych wzrostów i można by rzec, że inwestorzy zapomnieli o kolosalnej wyprzedaży do której doszło w trakcie piątkowego handlu, kiedy to indeks WIG20 zniżkował w ciągu dnia nawet o 13,5 proc. (1874,53 pkt) i znalazł się na najniższym poziomie od maja 2005 r. W rezultacie rano indeks WIG20 rósł nawet o 3,51 proc. (2001,5 pkt). Potem niestety było już tylko gorzej, a dzień skończyliśmy odpowiednio na +1,19 proc. (WIG20 2015,39 pkt) i +1,65 proc. (WIG). Tak nikłe zwyżki były niczym, przy tym co w tym samym czasie (16:30) działo się na Zachodzie i w USA, gdzie indeks DJ Stoxx 600 zyskiwał 7,09 proc., a S&P500 rósł o 5,26 proc. Pytanie o to dlaczego tak się stało, pozostaje jednak bez odpowiedzi. Choć dziś uczestnicy warszawskiego rynku w końcu się obudzili i o godz. 10:40 indeks WIG20 zwyżkował o 4,84 proc. (2112,91 pkt), a indeks WIG rósł o 4,59 proc., to nie ma co ukrywać, że straconej wczoraj szansy na większą aprecjację po prostu szkoda.
Poprawa nastrojów na świecie oraz większa chęć do ryzyka ze strony inwestorów zagranicznych pomogła także złotemu. Po fatalnej piątkowej sesji, kiedy to cena dolara skoczyła nawet do 2,6886 (była najwyższa od września 2007 r.), cena euro wzrosła do 3,6392 (była najwyższa od stycznia br.), a dzień zakończył się odpowiednio przy 2,6460 (+2,47 proc.) i 3,5612 (+1,23 proc.), w poniedziałek inwestorzy przystąpili do zakupów naszej waluty. Kurs USD/PLN spadł wczoraj do 2,6222 (-0,90 proc.), a kurs EUR/PLN zniżkował do 3,5416 (-0,55 proc.). Dziś złoty zyskuje jeszcze mocniej. O godz. 10:40 cena dolara idzie w dół o 2,60 proc. do 2,5540, a cena euro zniżkuje o 1,55 proc. do ok. 3,4865.
Komentarz sporządził: Marek Nienałtowski
Etykiety:
Akcje,
Bank,
Doradztwo,
Finanse,
Firma,
Giełda,
GPW,
Indeksy,
Inflacja,
Inwestycje,
Lokaty,
Społeczność,
Stopy procentowe
piątek, 10 października 2008
Dramat rynku finansowego
Całkowity brak wiary inwestorów w udane ratowanie sektora finansowego oraz ogromne ich obawy o i już tak fatalny stan globalnej gospodarki cały czas zbierają swoje krwawe żniwo na globalnych rynkach akcyjnych i towarowych.
Co prawda rządy i banki centralne na całym świecie co chwila podejmują nowe działania mające na celu przede wszystkim poprawę płynności, ale wyraźnie widać, że kryzys zaufania zatacza coraz to większe kręgi. Gwarancje depozytów, wstrzykiwanie kolejnych środków finansowych w sektor bankowy, nadzieje na skoordynowane obniżki stóp procentowych nie są w stanie w żaden sposób poprawić atmosfery, a co gorsza jak na razie niewiele wskazuje na to, aby te fatalne nastroje miały ulec gwałtownej poprawie. Oliwy do ognia dolewają kolejne projekcje Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który podniósł z 1,3 biliona dolarów do 1,4 biliona dolarów swoją estymację kosztów kryzysu finansowego oraz obniżył prognozę wzrostu PKB światowej gospodarki w przyszłym roku do 3,0 proc. z 3,7 proc.
O ile jeszcze wczorajsza sesja w Azji i Europie nie była najgorsza, a banchmarki dla tych regionów straciły na wartości „tylko" odpowiednio: 1,71 proc. (MSCI Asia Pacific) i 0,32 proc. (DJ Stoxx 600), to już wtorkowy handel w Stanach Zjednoczonych przyniósł kolejną ogromną falę przeceny. Główne wskaźniki giełd w USA, czyli DJIA, Nasdaq Comp. i S&P500 poszły w dół od 5,11 do 5,80 proc., a ostatni z nich po raz pierwszy od 2003 r. znalazł się poniżej bariery 1000 pkt. Po tak słabym zamknięciu wtorku, w środę do masowej wyprzedaży ruszyli na początku inwestorzy w regionie Azji i Pacyfiku, gdzie ogólnie doszło do ok. 7,2 proc. przeceny, japoński Nikkei 225 stracił aż 9,38 proc., najsilniej od października 1987 r., a handel w Indonezji został zawieszony po raz pierwszy od września 2002 r. Później dołączyli do nich ci, którzy operują na parkietach w Europie. O godz. 12:30 indeks DJ Stoxx 600 spadał o 4,32 proc. (wcześniej nawet o 7,77 proc.), a rano handel w Rosji znów został zawieszony. W tym samym czasie kontrakty terminowe na wskaźniki w USA znajdowały się na 1,8-2,0 proc. minusach. W przypadku rynku towarowego w środę mocno taniała ropa i miedź, ale za to na wartości znowu zyskiwało złoto, postrzegane przez inwestorów jako najlepsze schronienie na trudne czasy. O godz. 12:30 listopadowe kontrakty na lekka słodką ropę na Nymexie spadały o 3,14 proc. (87,23 USD/bar.) - wcześniej było to nawet -4,45 proc. (86,05 USD/bar.), analogiczne kontrakty na miedź na Comexie szły w dół o 6,40 proc. (maksymalna ich zniżka wynosiła dziś -6,46 proc.), a cena złota względem dolara na rynku międzybankowym zwyżkowała o 4 proc., do 915,09 USD/oz.
Fatalna atmosfera na światowych rynkach akcyjnych i towarowych odciska się nadal ogromnym piętnem na warszawskim parkiecie. O ile we wtorek najszerszy wskaźnik GPW zniżkował „jedynie" o 1,91 proc., a ten reprezentujący walory blue-chipów spadł o 1,42 proc., tak już dziś indeks WIG20 rozpoczął od 4,12 proc. przeceny, a później ustanowił najniższy poziom od połowy lipca 2005 r., czyli 2072,77 pkt (-5,22 proc.). Całe szczęście, że na tak niskich poziomach znaleźli się chętni do zakupów i o godz. 12:30 WIG20 zniżkował „już tylko" 2,15 proc. (2139,86 proc.). W tym samym czasie indeks WIG znajdował się jednak na większym, 3,16 proc. minusie.
Komentarz sporządził / Marek Nienałtowski
Co prawda rządy i banki centralne na całym świecie co chwila podejmują nowe działania mające na celu przede wszystkim poprawę płynności, ale wyraźnie widać, że kryzys zaufania zatacza coraz to większe kręgi. Gwarancje depozytów, wstrzykiwanie kolejnych środków finansowych w sektor bankowy, nadzieje na skoordynowane obniżki stóp procentowych nie są w stanie w żaden sposób poprawić atmosfery, a co gorsza jak na razie niewiele wskazuje na to, aby te fatalne nastroje miały ulec gwałtownej poprawie. Oliwy do ognia dolewają kolejne projekcje Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który podniósł z 1,3 biliona dolarów do 1,4 biliona dolarów swoją estymację kosztów kryzysu finansowego oraz obniżył prognozę wzrostu PKB światowej gospodarki w przyszłym roku do 3,0 proc. z 3,7 proc.
O ile jeszcze wczorajsza sesja w Azji i Europie nie była najgorsza, a banchmarki dla tych regionów straciły na wartości „tylko" odpowiednio: 1,71 proc. (MSCI Asia Pacific) i 0,32 proc. (DJ Stoxx 600), to już wtorkowy handel w Stanach Zjednoczonych przyniósł kolejną ogromną falę przeceny. Główne wskaźniki giełd w USA, czyli DJIA, Nasdaq Comp. i S&P500 poszły w dół od 5,11 do 5,80 proc., a ostatni z nich po raz pierwszy od 2003 r. znalazł się poniżej bariery 1000 pkt. Po tak słabym zamknięciu wtorku, w środę do masowej wyprzedaży ruszyli na początku inwestorzy w regionie Azji i Pacyfiku, gdzie ogólnie doszło do ok. 7,2 proc. przeceny, japoński Nikkei 225 stracił aż 9,38 proc., najsilniej od października 1987 r., a handel w Indonezji został zawieszony po raz pierwszy od września 2002 r. Później dołączyli do nich ci, którzy operują na parkietach w Europie. O godz. 12:30 indeks DJ Stoxx 600 spadał o 4,32 proc. (wcześniej nawet o 7,77 proc.), a rano handel w Rosji znów został zawieszony. W tym samym czasie kontrakty terminowe na wskaźniki w USA znajdowały się na 1,8-2,0 proc. minusach. W przypadku rynku towarowego w środę mocno taniała ropa i miedź, ale za to na wartości znowu zyskiwało złoto, postrzegane przez inwestorów jako najlepsze schronienie na trudne czasy. O godz. 12:30 listopadowe kontrakty na lekka słodką ropę na Nymexie spadały o 3,14 proc. (87,23 USD/bar.) - wcześniej było to nawet -4,45 proc. (86,05 USD/bar.), analogiczne kontrakty na miedź na Comexie szły w dół o 6,40 proc. (maksymalna ich zniżka wynosiła dziś -6,46 proc.), a cena złota względem dolara na rynku międzybankowym zwyżkowała o 4 proc., do 915,09 USD/oz.
Fatalna atmosfera na światowych rynkach akcyjnych i towarowych odciska się nadal ogromnym piętnem na warszawskim parkiecie. O ile we wtorek najszerszy wskaźnik GPW zniżkował „jedynie" o 1,91 proc., a ten reprezentujący walory blue-chipów spadł o 1,42 proc., tak już dziś indeks WIG20 rozpoczął od 4,12 proc. przeceny, a później ustanowił najniższy poziom od połowy lipca 2005 r., czyli 2072,77 pkt (-5,22 proc.). Całe szczęście, że na tak niskich poziomach znaleźli się chętni do zakupów i o godz. 12:30 WIG20 zniżkował „już tylko" 2,15 proc. (2139,86 proc.). W tym samym czasie indeks WIG znajdował się jednak na większym, 3,16 proc. minusie.
Komentarz sporządził / Marek Nienałtowski
poniedziałek, 29 września 2008
Akcje - nastroje są wciąż marne
Diagnoza sytuacji na rynkach finansowych
Zapowiada się, że dzisiejsza sesja będzie drugą z kolei, podczas której niewiele się będzie działo. WIG znów zapewne będzie balansował na wysokości lipcowego dołka. Widzimy, że to istotny poziom dla rynku. Nic dziwnego. Zawsze ustanowienia nowego dołka jest sygnałem kontynuacji trendu spadkowego. W obecnej sytuacji sprawa ma jeszcze jeden wymiar. W minionym tygodniu mogliśmy się na wykresie S&P 500 doszukiwać pozytywnej dywergencji na MACD, popularnym wskaźniku obrazującym kierunek i siłę trendu. Powstaje wtedy, gdy indeks ustanawia nowy dołek, a wskaźnik go nie przebija. Pozytywna dywergencja to układ zapowiadający odwrócenie trendu zniżkowego. Dziś okazuje się, że szanse na to, by zachowanie MACD mogło zapowiadać lepsze czasy dla amerykańskiej giełdy są mniejsze. S&P 500 znów spadł poniżej lipcowego dołka i niewiele wskazuje na to, by miał powyżej niego wrócić. Słabość tego parkietu potwierdza to, że każda z sesji tego tygodnia skończyła się na minusie. Gdyby euforia z końca poprzedniego tygodnia miała zapowiadać trwalszą poprawę zachowanie byłoby zapewne lepsze. Przebieg MACD może być wskazówką co do przyszłych zmian. Widzimy, że mimo pozostawania wskaźnika powyżej lipcowego dołka nie zdołał on przebić swojej linii sygnalnej. Warto obserwować zachowanie MACD względem linii sygnalnej, bo dopóki nie zostanie przebita, utrzymywać się będzie zagrożenie zniżkami.
Ostatnie dni pokazują też, że zasadne jest ponowne przywołanie wydarzeń sprzed kilku lat w Ameryce, kiedy bankrutowały duże przedsiębiorstwa. Symbolicznie można ten okres zamknąć pomiędzy końcówką 2001 r. (upadek Enrona) i połową 2002 r. (upadek WorldCom). Wtedy rozegrała się najbardziej dotkliwa faza bessy w USA. Przypomnienie tej historii ma znaczenie o tyle, że można spotkać głosy mówiące, iż w ostatnich bankructwach można doszukiwać się zapowiedzi lepszych czasów – dzieje się to, czego rynki spodziewały się wcześniej i dużo gorzej już nie będzie. Okazuje się, że sprawa nie jest tu tak prosta. Po pierwsze, relatywnie niewielki rozmiar bessy w USA na tle innych giełd z rynków dojrzałych, pozwala mieć wątpliwości, czy rzeczywiście bankructwa są już wliczone w ceny akcji. Po drugie, poprzednie miesiące pokazują, że raczej realizują się scenariusze bardziej, a nie mniej pesymistyczne.
To wszystko skłania do utrzymywania ostrożnego nastawienia do akcji. Tym bardziej, że napływające na rynki informacje mają w większości przypadków negatywne zabarwienie. Tak było choćby z indeksem nastrojów przedsiębiorców Ifo w Niemczech, który wyraźnie rozczarował i pokazał, że nie ma co liczyć na szybką poprawę koniunktury w największej europejskiej gospodarce. Dla nas to zły znak, zwłaszcza w kontekście sierpniowych słabych danych z naszej gospodarki. Pokazuje, że ze strony koniunktury u naszego największego partnera handlowego, trzeba liczyć się raczej z dalszą presją niż pomocą.
Przedpołudniowa część sesji przebiega spokojnie. Nie przynosi większych zmian. Notowania utrzymują się pod kreską, ale niewiele. Potwierdza się ostrożne podejście. Uzasadnione są obawy o przyszłe notowania.
Zapowiada się, że dzisiejsza sesja będzie drugą z kolei, podczas której niewiele się będzie działo. WIG znów zapewne będzie balansował na wysokości lipcowego dołka. Widzimy, że to istotny poziom dla rynku. Nic dziwnego. Zawsze ustanowienia nowego dołka jest sygnałem kontynuacji trendu spadkowego. W obecnej sytuacji sprawa ma jeszcze jeden wymiar. W minionym tygodniu mogliśmy się na wykresie S&P 500 doszukiwać pozytywnej dywergencji na MACD, popularnym wskaźniku obrazującym kierunek i siłę trendu. Powstaje wtedy, gdy indeks ustanawia nowy dołek, a wskaźnik go nie przebija. Pozytywna dywergencja to układ zapowiadający odwrócenie trendu zniżkowego. Dziś okazuje się, że szanse na to, by zachowanie MACD mogło zapowiadać lepsze czasy dla amerykańskiej giełdy są mniejsze. S&P 500 znów spadł poniżej lipcowego dołka i niewiele wskazuje na to, by miał powyżej niego wrócić. Słabość tego parkietu potwierdza to, że każda z sesji tego tygodnia skończyła się na minusie. Gdyby euforia z końca poprzedniego tygodnia miała zapowiadać trwalszą poprawę zachowanie byłoby zapewne lepsze. Przebieg MACD może być wskazówką co do przyszłych zmian. Widzimy, że mimo pozostawania wskaźnika powyżej lipcowego dołka nie zdołał on przebić swojej linii sygnalnej. Warto obserwować zachowanie MACD względem linii sygnalnej, bo dopóki nie zostanie przebita, utrzymywać się będzie zagrożenie zniżkami.
Ostatnie dni pokazują też, że zasadne jest ponowne przywołanie wydarzeń sprzed kilku lat w Ameryce, kiedy bankrutowały duże przedsiębiorstwa. Symbolicznie można ten okres zamknąć pomiędzy końcówką 2001 r. (upadek Enrona) i połową 2002 r. (upadek WorldCom). Wtedy rozegrała się najbardziej dotkliwa faza bessy w USA. Przypomnienie tej historii ma znaczenie o tyle, że można spotkać głosy mówiące, iż w ostatnich bankructwach można doszukiwać się zapowiedzi lepszych czasów – dzieje się to, czego rynki spodziewały się wcześniej i dużo gorzej już nie będzie. Okazuje się, że sprawa nie jest tu tak prosta. Po pierwsze, relatywnie niewielki rozmiar bessy w USA na tle innych giełd z rynków dojrzałych, pozwala mieć wątpliwości, czy rzeczywiście bankructwa są już wliczone w ceny akcji. Po drugie, poprzednie miesiące pokazują, że raczej realizują się scenariusze bardziej, a nie mniej pesymistyczne.
To wszystko skłania do utrzymywania ostrożnego nastawienia do akcji. Tym bardziej, że napływające na rynki informacje mają w większości przypadków negatywne zabarwienie. Tak było choćby z indeksem nastrojów przedsiębiorców Ifo w Niemczech, który wyraźnie rozczarował i pokazał, że nie ma co liczyć na szybką poprawę koniunktury w największej europejskiej gospodarce. Dla nas to zły znak, zwłaszcza w kontekście sierpniowych słabych danych z naszej gospodarki. Pokazuje, że ze strony koniunktury u naszego największego partnera handlowego, trzeba liczyć się raczej z dalszą presją niż pomocą.
Przedpołudniowa część sesji przebiega spokojnie. Nie przynosi większych zmian. Notowania utrzymują się pod kreską, ale niewiele. Potwierdza się ostrożne podejście. Uzasadnione są obawy o przyszłe notowania.
Doradztwo Finansowe
Kongres
Z inicjatywy Doradców Finansowych Xelion już po raz drugi w Warszawie spotkają się wybitni ekonomiści, zarządzający oraz analitycy, którzy będą omawiać trendy światowej gospodarki oraz możliwe scenariusze na rynkach finansowych. Goście specjalni ze światowych stolic rynków kapitałowych przedstawią opinie na temat faktów i mitów bessy oraz hossy. Tematem przewodnim kongresu jest rola doradców finansowych w obliczu zmian koniunktury.
8 października w warszawskim hotelu Sheraton, pod honorowym patronatem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie oraz Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, odbędzie się II Kongres Doradztwa Finansowego Xelion. Kongres jest przedsięwzięciem niekomercyjnym, którego celem jest m.in. stworzenie platformy wymiany doświadczeń oraz dyskusji merytorycznej między reprezentantami polskiego i międzynarodowego świata finansów.
Doradcy Finansowi Xelion podejmując się organizacji już drugiej edycji Kongresu, stwarzają polskim finansistom możliwość konfrontacji poglądów i opinii z ekspertami, na co dzień pracującymi w światowych stolicach rynków kapitałowych. W tym roku do Polski przybędzie Richard Urwin, Managing Director, Head of the Asset Allocation and Economics Research team BlackRock, który zaprezentuje swoje spostrzeżenia na temat trendów w światowej gospodarce. Ad van Tiggelena, Senior Strategist z ING podzieli się swoim opiniami na temat zmian na globalnych rynkach finansowych. Specjalnie z USA przybędzie Joseph F. Feeney, Jr., CFA, Chief Executive Officer; Chief Investment Officer Robeco Boston Partners, który przedstawi aspekty recesji w Stanach Zjednoczonych. Natomiast David Zahn, CFA, FRM, Senior Vice President and Portfolio Manager Franklin Templeton Fixed Income Group omówi trendy na rynku kapitałowym w kontekście możliwości inwestowania w obligacje globalne.
W trakcie Kongresu zostaną zaprezentowane wyniki specjalnych badań przeprowadzonych przez Pentor Research International. Dr Jerzy Głuszyński, wiceprezes zarządu Pentora wygłosi prezentację pt. Kto się umie zaopiekować klientem zamożnym? Doradztwo Finansowe w obliczu zmian koniunktury.
Uczestniczący Kongresu będą dyskutować wokół tematów związanych z psychologią inwestycji oraz poszukają odpowiedzi na pytanie jakimi inwestorami są Polacy. Wśród panelistów będą m.in. Jan Krzysztof Bielecki, prezes zarządu Banku Pekao SA, Ludwik Sobolewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, dyrektor Instytutu Psychoimmunologii, Zbigniew Jagiełło, prezes zarządu Pioneer Pekao TFI, Krzysztof Stupnicki, prezes zarządu AIG TFI, Maciej Bombol, wiceprezes Millennium TFI, Bogusław Grabowski, prezes zarządu Skarbiec TFI, Markus Weigl, prezes zarządu Superfund TFI SA, Sebastian Buczek, prezes zarządu Quercus TFI.
Kongres odbywa się pod patronatem medialnym: miesięczników Forbes, Forbes Investor oraz Fundusze, dzienników Rzeczpospolita oraz Parkiet, serwisów internetowych Bankier.pl i PR News oraz telewizji TVN CNBC Biznes.
Więcej o II Kongresie Doradztwa Finansowego Xelion na www.xelion.pl/kongres
Z inicjatywy Doradców Finansowych Xelion już po raz drugi w Warszawie spotkają się wybitni ekonomiści, zarządzający oraz analitycy, którzy będą omawiać trendy światowej gospodarki oraz możliwe scenariusze na rynkach finansowych. Goście specjalni ze światowych stolic rynków kapitałowych przedstawią opinie na temat faktów i mitów bessy oraz hossy. Tematem przewodnim kongresu jest rola doradców finansowych w obliczu zmian koniunktury.
8 października w warszawskim hotelu Sheraton, pod honorowym patronatem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie oraz Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, odbędzie się II Kongres Doradztwa Finansowego Xelion. Kongres jest przedsięwzięciem niekomercyjnym, którego celem jest m.in. stworzenie platformy wymiany doświadczeń oraz dyskusji merytorycznej między reprezentantami polskiego i międzynarodowego świata finansów.
Doradcy Finansowi Xelion podejmując się organizacji już drugiej edycji Kongresu, stwarzają polskim finansistom możliwość konfrontacji poglądów i opinii z ekspertami, na co dzień pracującymi w światowych stolicach rynków kapitałowych. W tym roku do Polski przybędzie Richard Urwin, Managing Director, Head of the Asset Allocation and Economics Research team BlackRock, który zaprezentuje swoje spostrzeżenia na temat trendów w światowej gospodarce. Ad van Tiggelena, Senior Strategist z ING podzieli się swoim opiniami na temat zmian na globalnych rynkach finansowych. Specjalnie z USA przybędzie Joseph F. Feeney, Jr., CFA, Chief Executive Officer; Chief Investment Officer Robeco Boston Partners, który przedstawi aspekty recesji w Stanach Zjednoczonych. Natomiast David Zahn, CFA, FRM, Senior Vice President and Portfolio Manager Franklin Templeton Fixed Income Group omówi trendy na rynku kapitałowym w kontekście możliwości inwestowania w obligacje globalne.
W trakcie Kongresu zostaną zaprezentowane wyniki specjalnych badań przeprowadzonych przez Pentor Research International. Dr Jerzy Głuszyński, wiceprezes zarządu Pentora wygłosi prezentację pt. Kto się umie zaopiekować klientem zamożnym? Doradztwo Finansowe w obliczu zmian koniunktury.
Uczestniczący Kongresu będą dyskutować wokół tematów związanych z psychologią inwestycji oraz poszukają odpowiedzi na pytanie jakimi inwestorami są Polacy. Wśród panelistów będą m.in. Jan Krzysztof Bielecki, prezes zarządu Banku Pekao SA, Ludwik Sobolewski, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta, dyrektor Instytutu Psychoimmunologii, Zbigniew Jagiełło, prezes zarządu Pioneer Pekao TFI, Krzysztof Stupnicki, prezes zarządu AIG TFI, Maciej Bombol, wiceprezes Millennium TFI, Bogusław Grabowski, prezes zarządu Skarbiec TFI, Markus Weigl, prezes zarządu Superfund TFI SA, Sebastian Buczek, prezes zarządu Quercus TFI.
Kongres odbywa się pod patronatem medialnym: miesięczników Forbes, Forbes Investor oraz Fundusze, dzienników Rzeczpospolita oraz Parkiet, serwisów internetowych Bankier.pl i PR News oraz telewizji TVN CNBC Biznes.
Więcej o II Kongresie Doradztwa Finansowego Xelion na www.xelion.pl/kongres
Subskrybuj:
Posty (Atom)