Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bank. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bank. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 listopada 2009

Banki zachęcają do szukania zysku w Europie i Azji

Oferty instytucji finansowych poszerzają się o nowe produkty strukturyzowane, oparte o walory dużych spółek europejskich i azjatyckich. Do struktur banki dołączają czasem lokaty terminowe o atrakcyjniejszym niż tradycyjne oprocentowaniu. Co w ciągu minionego tygodnia zmieniło się w bankowości dla klientów indywidualnych?

Produkty strukturyzowane


Deutsche Bank PBC wprowadził do oferty 3- letni produkt strukturyzowany w formie ubezpieczenia na życie i dożycie we współpracy z Towarzystwem Ubezpieczeń na Życie Europa. Konstrukcja inwestycyjna db Gwarancji Potęga Eurazji powiązana jest z koszykiem akcji dostępnym w ramach strategii EurAsian Alpha Centurion Royal Bank of Scotland. W połowie opiera się ona o walory stu europejskich spółek o największej kapitalizacji rynkowej. Drugą połowę stanowią natomiast akcje stu największych spółek azjatyckich. W momencie zakończenia inwestycji partycypacja w zysku ze strategii wyniesie od 95% do 115% (ostateczny poziom zostanie ustalony na dzień przed zakończeniem subskrypcji). Produkt zapewnia 100- procentową ochronę zainwestowanego kapitału. Minimalna wysokość składki wynosi 2 tys. zł, a opłata wstępna to 0,5% od wpłaconych środków. Subskrypcja potrwa od 30 października do 20 listopada br.

db Gwarancja może być również oferowana w ramach db Duet Korzyści. W tym rozwiązaniu maksymalnie 80% środków zostać być ulokowanych na jednomiesięcznym depozycie o stałym oprocentowaniu 9% w skali roku lub trzymiesięcznym o oprocentowaniu 6%; pozostała kwota inwestowana jest w 3-letnią db Gwarancję Potęga Eurazji. Minimalna kwota takiej inwestycji wynosi 10 tys. zł.

Bank BPH rozpoczął subskrypcję Strukturyzowanego Certyfikatu Depozytowego – Lokaty Europejskiej. 34- miesięczny produkt bazuje na indeksie DJ EuroSTOXX 50® (Price), który reprezentuje 50 największych spółek pochodzących z krajów należących do strefy euro. Lokata Europejska umożliwia osiągnięcie zysku, przy jednoczesnej gwarancji zwrotu w dniu wykupu 100% zainwestowanych środków. Minimalna kwota zapisu wynosi 3 tys. zł, 3 tys. EUR lub 5 tys. USD, a prowizja została ustalona na poziomie 1,3% lub 1,5%. Warunkiem skorzystania z oferty jest posiadanie konta osobistego w Banku BPH. Subskrypcja potrwa od 2 do 27 listopada br.

Lokaty - Allianz Bank wprowadził do oferty internetową Net.lokatę. Oprocentowanie 4- miesięcznego depozytu jest stałe i wynosi 5,7% w skali roku. Aby założyć lokatę, należy posiadać konto osobiste w Allianz Banku. Minimalna kwota Net.lokaty to 3 tys. zł.

Allianz Bank przygotował również propozycję dla klientów, którzy wzięli udział w zapisach na akcje Polskiej Grupy Energetycznej S.A. Zwrócone w wyniku redukcji zapisów środki będą oni mogli ulokować na 6- miesięcznej lokacie z oprocentowaniem 6% w ujęciu rocznym. Minimalna kwota depozytu wynosi 3 tys. zł. Lokatę można założyć w oddziale banku od 2 do 6 listopada br.

Bank Polskiej Spółdzielczości zaoferował klientom jednodniową, odnawialną lokatę z oprocentowaniem na poziomie 4% w skali roku. Okres odnawiania „Podwójnej krótkiej” wynosi maksymalnie 365 dni, a kwota lokaty to od 500 do 20 tys. zł. Ponieważ dzienna kwota odsetek nie przekroczy 2,49 zł, nie będzie od niej pobierany podatek Belki.

Kredyty - Fortis Bank obniżył marże dla kredytów i pożyczek zabezpieczonych hipoteką. Z niższych marż mogą skorzystać klienci, którzy zdecydują się jednocześnie na zakup ubezpieczenia osobowego (poziom marży w takiej sytuacji może zostać obniżony do maksymalnie 2,9%). Proponowane ubezpieczenie obejmuje swoim zakresem ochronę m.in. od ryzyka utraty pracy, ryzyka całkowitej niezdolności do pracy spowodowanej wypadkiem lub chorobą, ryzyka pobytu w szpitalu czy assistance medyczny. Klientom posiadającym lub otwierającym wraz z kredytem konto osobiste bank proponuje z kolei 50- procentową zniżkę na zakup ubezpieczenia nieruchomości stanowiącej zabezpieczenie spłaty kredytu. Taki kredytobiorca zostanie ponadto zwolniony z opłat za wydanie i użytkowanie w pierwszym roku karty kredytowej. Wysokość marż przy kredytach nie większych niż 500 tys. zł ustalana będzie indywidualnie i uzależniona od kwoty kredytu.

niedziela, 19 kwietnia 2009

Generali OFE na pierwszym miejscu

W rankingu Analiz Online

W kwietniu br. branżowy serwis ekonomiczny Analizy Online opublikował ranking funduszy emerytalnych, w którym Generali OFE zostało liderem pod względem wartości hipotetycznego konta emerytalnego. Na ostateczną ocenę znaczący wpływ miały zarówno stabilność wypracowanych przez fundusz wyników, jak i bezpieczeństwo długoterminowych inwestycji. Wartość hipotetycznego konta była m.in. oparta na regularnym oszczędzaniu od początku istnienia OFE (sierpień 1999 r.) do końca marca br.

Analizy Online, jako wyspecjalizowany i niezależny ośrodek analityczny, na bieżąco śledzi i analizuje sytuację na rynku otwartych funduszy emerytalnych. Raz w miesiącu analitycy finansowi wyliczają wartość hipotetycznego konta członków OFE, biorąc pod uwagę :

* długoterminowy horyzont inwestycji,
* stabilność wypracowanych wyników funduszu,
* comiesięczne wpływy na rachunek członka OFE w wysokości 100 zł (począwszy od VIII 1999r.),
* indeksację wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw oraz
* prowizje pobierane przez PTE za zarządzanie środkami na rachunku emerytalnym.

W badanym okresie od sierpnia 1999 r. do marca 2009 r. na rachunek emerytalny w każdym OFE wpłynęło 116 składek, co dało łączną kwotę w wysokości 15 557 zł. Po potrąceniu wszystkich opłat od wpłaconych składek, pozostała kwota została przeliczona na jednostki rozrachunkowe, według ich wartości na ostatni dzień każdego miesiąca. Liczba jednostek, jaką uczestnik zgromadził w całym okresie inwestycji, pomnożona przez wycenę tych jednostek (wg stanu na ostatni dzień marca br.), dała ostateczną wartość hipotetycznego konta w poszczególnych funduszach.

W zestawieniu tym pierwsze miejsce, pod względem wypracowanego hipotetycznego zysku, zajęło Generali OFE. Wartość konta członka najlepszego - w tej kategorii - funduszu wyniosła 18 888 zł.

Otwarty Fundusz Emerytalny Generali może poszczycić się znakomitymi wynikami inwestycyjnymi, zwłaszcza w zmiennych warunkach rynkowych. Na koniec 2008 roku fundusz awansował z 3. na 2. pozycję, pod względem najwyższej stopy zwrotu OFE na poziomie 141,63%, liczonej w najdłuższym porównywalnym okresie, tj. od września 1999 r.

sobota, 18 kwietnia 2009

Bankierzy chcą do ubezpieczeń

Tysiące zwalnianych pracowników banków i agencji doradców finansowych szukają pracy.

– I jesteśmy otwarci, pod warunkiem, że staną się bardziej elastyczni – sugerują ubezpieczyciele, którzy w kryzysie upatrują swojej szansy na wyłuskanie najlepszych pracowników na rynku.

W Sopockim Towarzystwie Ubezpieczeń Ergo Hestia tylko w ciągu ostatnich 6 miesięcy liczba aplikacji od pracowników banków wzrosła trzykrotnie. Specjaliści zajmujący się doborem kadr podkreślają, że bankowcy to zazwyczaj osoby dobrze wyszkolone i doświadczone. Mają jednak duże oczekiwania finansowe, ze względu na czas prosperity, który stał się ich udziałem przez ostatnie kilka lat.

- Nawet ci, którzy już wiedzą, że ich stanowisko będzie redukowane, wciąż wysoko stawiają poprzeczkę zarobków – ocenia Małgorzata Gwozdz, dyrektor Biura Rozwoju i Doboru Kadr Ergo Hestia – Ale większym kłopotem i tak jest przyzwyczajenie bankowców do procedur, dokumentów, sztywnych zasad. Ten nawyk jest czasem nie do przeskoczenia przez aplikantów – mówi Gwozdz.

Ubezpieczyciele podkreślają, że lepiej z adaptacją w towarzystwach ubezpieczeniowych radzą sobie pracownicy firm doradztwa finansowego. Oni też tłumnie zgłaszają się do ubezpieczycieli w sprawie pracy. Byli doradcy zazwyczaj są jednak lepszymi kandydatami. Bo bardziej skłonni do negocjacji, nie mają kłopotów z szybką nauką nowych produktów czy komunikacji z rynkiem. – Rozumieją, że finanse to nie tylko bank. Poza tym mają często bogatsze doświadczenia w bezpośrednich relacjach z klientami niż bankowcy – uzasadnia Małgorzata Gwozdz.

wtorek, 2 grudnia 2008

KNF zaostrza zasady przyznawania kredytów bankowych

Czy nowa rekomendacja KNF osłabi wzrost gospodarczy w Polsce?

Chociaż Polacy nie mają większych problemów ze spłacaniem kredytów, KNF woli dmuchać na zimne i chce zaostrzyć zasady przyznawania kredytów bankowych. Dla polskiej gospodarki, przed którą stoi perspektywa wolniejszego rozwoju, może się to okazać gwoździem do trumny. Może się okazać, że działania KNF doprowadzą nawet do recesji.

Na początku października br. Komisja Nadzoru Finansowego zwróciła się do wszystkich banków krajowych o zweryfikowanie zasad udzielania kredytów, a w szczególności procedury oceny zdolności kredytowej osób fizycznych. Dane te są niezbędne, gdyż zgodnie z informacją przekazaną przez Andrzeja Stopczyńskiego, dyrektora pionu bankowego KNF, w tym roku urząd planuje wydać nową rekomendację odnośnie udzielania przez banki kredytów osobom fizycznym. Nowa rekomendacja KNF będzie miała charakter uniwersalny i będzie dotyczyć wszystkich kredytów dla gospodarstw domowych. Zaostrzy ona dotychczasowe kryteria udzielania kredytów przez banki, co ograniczy ich dostępność na rynku. Niestety działania KNF mogą spowodować załamanie się wzrostu gospodarczego i wywołać recesję w Polsce w przyszłym roku.

Z dotychczasowych wypowiedzi dyrektora Stopczyńskiego wynika, że zaostrzenie zasad udzielania przez banki kredytów gospodarstwom domowym będzie przede wszystkim związane ze wzrostem wymaganego przez nich wkładu własnego. Nadzór może się również zdecydować na skrócenie maksymalnych okresów kredytowania przez banki oraz zakazać udzielania kredytów w walutach obcych. W związku z tym, że rekomendacja ma mieć charakter uniwersalny będzie ona nie tylko dotyczyć kredytów hipotecznych, ale też gotówkowych. Jednakże dotychczas KNF nie sprecyzowała dokładnie warunków jakie będzie musiał spełniać kredyt i sam klient, aby w przyszłości go uzyskać. Jedynie przewodniczący KNF Stanisław Kluza niedawno publicznie poinformował, że jego zdaniem wkład własny w przypadku kredytów hipotecznych powinien wynosić od 25% do 30% wartości nieruchomości. W przypadku szerszego interpretowania wymienionych przez niego warunków oznaczałoby to istotne zaostrzenie wymogów dla wszystkich rodzajów kredytów konsumenckich, co ograniczyłoby istotnie ich dostępność, a tym samym będzie oddziaływać na gospodarkę w długim okresie.

Tymczasem banki same już rewidują swoją politykę kredytową z powodu niższych prognoz wzrostu gospodarczego dla Polski. Większość z krajowych banków ostatnio zaczęło wprowadzać ograniczenia relacji kwoty kredytu do wartości nieruchomości, także dziś prawie niemożliwe jest uzyskanie kredytów we frankach szwajcarskich. Oznacza to, że w polskim sektorze bankowym rynek dokonuje obecnie samoregulacji i dopasowuje się do nowych warunków otoczenia. A zatem planowanie zaostrzenie wymagań przez KNF wynika z braku wiary w zasady wolnorynkowe, jak i w dyscyplinę rynkową.

Wprowadzenie nowych regulacji może spowodować istotny spadek wartości udzielonych kredytów konsumenckich w przyszłym roku. Z obliczeń analityków SEENDICATE wynika, że wartość nowo udzielanych kredytów hipotecznych może spać o 40% do 50% w 2009 r. Zmiana ta będzie miała nie tylko negatywny wpływ na wyniki banków za 2009 r., ale także na całą gospodarkę i może również spowodować recesję w Polsce. Pogląd ten wynika z doświadczeń gospodarki Stanów Zjednoczonych, gdy administracja Cartera doprowadził do recesji w następstwie wprowadzenia ograniczeń w zakresie udzielania kredytów przez banki w 1980 r. Warto podkreślić, że dziś skala oddziaływania ograniczeń w tym zakresie jest dużo większa niż była w przeszłości na gospodarkę, co wynika z większego obecnie wykorzystania kredytów przez gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa.

W Stanach Zjednoczonych ograniczenie w zakresie udzielanych kredytów zostało wprowadzone w celu zwalczania wysokiego poziomu inflacji, która występowała w latach 1979-1980. W okresie tym inflacja przekraczała poziom 10%, co było uznawane za jeden z największych problemów gospodarczych przez ówczesnego prezydent Jimmy’ego Cartera. Dlatego administracja Cartera zdecydował się wprowadzić istotne ograniczenia w zakresie udzielania kredytów przez banki. Na podstawie nowych regulacji banki, które przekroczyły określone limity w zakresie udzielanych grup kredytów np. konsumenckich były zobowiązane utworzyć specjalną rezerwę. Rezerwa ta stanowiła dodatkowy koszt dla banków, co miało zniechęcić je w przyszłości do udzielania kredytów ponad wyznaczony przez rząd limity. Następstwem wprowadzenia ograniczeń był drastyczny spadek udzielanych kredytów w Stanach Zjednoczonych w 1980 r. Spadek ten spowodował również największych spadek aktywności gospodarczej w Stanach Zjednoczonych z kwartału na kwartał w ciągu ostatnich 50 lat, który wynosił w ujęciu rocznym 8%. Ponadto regulacja ta spowodowała, że amerykańska gospodarką weszła w fazę recesji w 1981 r., która trwała do końca 1982 r.

Dlatego planowane zaostrzenie kryteriów przyznawania kredytów przez KNF może doprowadzić do załamania się wzrostu gospodarczego w Polsce. Zatem może się okazać, że KNF zamiast wprowadzać działania prewencyjne w sektorze bankowym doprowadzi do nasilenia się w nim problemów, co byłoby spowodowane osłabieniem się polskiej gospodarki. Warto podkreślić, iż trudno też zrozumieć przyczyny planowanego zaostrzania przez KNF kryteriów udzielania kredytów dla gospodarstw domowych w Polsce. Na koniec września br. udział kredytów zagrożonych w bankach zmniejszył się do rekordowo niskiego poziomu 4,5%. Natomiast rok wcześniej wskaźnik ten wynosił 5,8%, a zatem dziś nie ma powodów do niepokoju i brak też jest obecnie jakichkolwiek oznak, aby coś się niepokojącego się działo w polskim sektorze bankowym. Dodatkowo udział zagrożonych kredytów dla gospodarstw domowych w sierpniu br. wynosił 3,8%. Wskaźnik ten był niższy od poziomu obserwowanego dla przedsiębiorstw, który wynosił 5,9% w tym samy okresie. Tym samym trudno obecnie zrozumieć cel planowanych ograniczeń KNF w dostępie do kredytów dla gospodarstw domowych, gdy ich poziom zagrożenia należy do najniższych w sektorze bankowym. Również obecny kryzys na rynku amerykańskim nie uzasadnia działań KNF, gdyż zasady przyznawania kredytów oraz ich zabezpieczania istotnie się różnią na rynku polskim i amerykańskim.

Zatem trudno dziś znaleźć merytoryczne uzasadnienie dla obecnych działań KNF. Niestety może się okazać, że mimo braku takich przesłanek urząd zdecyduje się ograniczyć dostęp do kredytów dla gospodarstw domowych, co może mieć negatywny wpływ na wzrost gospodarczy, a nawet doprowadzić do recesji w Polsce w przyszłym roku.

Oskar Kowalewski

Autor jest adiunktem w Instytucie Gospodarki Światowej SGH oraz współzałożycielem SEENDICATE

Raty kredytów we frankach

Niższa rata kredytów we frankach - spadający LIBOR łagodzi skutki osłabienia złotego

Spadający LIBOR rekompensuje kredytobiorcom zadłużonym we frankach podwyżki rat wynikające z osłabienia złotego. W stosunku do 10 października, na który przypada szczyt 3-miesięcznej stopy LIBOR dla franka, wysokość raty spadła. Od szczytu LIBOR obniżył się już o 1,1 pkt, proc.

Rata kredytu we frankach zaciągniętego w połowie września na kwotę 400 tys. zł na 30 lat z marżą na poziomie 1,5% wynosi dziś 2257 zł. W momencie zaciągania kredytu wynosiła 2073 zł, a 10 października, czyli w dniu, w którym 3-miesieczny LIBOR osiągnął szczyt na poziomie 3,13%, wynosiła 2406 zł. Wzrost w stosunku do pierwszej raty wynosi więc 184 zł. Gdyby w okresie od połowy września do dziś stopa LIBOR nie uległa zmianie, rata wzrosłaby o 391 zł. Taki byłby efekt osłabienia złotego. W połowie września frank kosztował 2,1147 zł, a we wtorek 18 listopada kosztował 2,5227 zł, zatem złoty stracił na wartości ponad 19%. Z analizy wynika więc, że obniżka stopy LIBOR w połowie zrekompensowała kredytobiorcom skutki osłabienia naszej waluty.

Jest spadek, a byłby wzrost - Prześledźmy też efekt zmiany oprocentowania na przykładzie tego samego kredytu, ale w okresie od 10 października do 18 listopada. Rata kredytu spadła w badanym okresie o 149 zł. Złoty stracił w tym okresie względem franka prawie 8%. Gdyby jednak oprocentowanie nie uległo zmianie, rata nie spadłaby, ale wzrosła o 180 zł. Można więc przyjąć, że obniżka stopy LIBOR z nawiązką zrekompensowała osłabienie złotego.

Podobnie wygląda sytuacja kredytobiorców, którzy zaciągnęli kredyty po nowych, czyli wyższych marżach. Przyjmijmy, że kredyt na 400 tys. zł na 30 lat został zaciągnięty 10 października z marżą na poziomie 3%. Rata takiego kredytu na 18 listopada wyniosła 2427 zł, a 10 października wynosiła 2557 zł, zatem zmniejszyła się o 130 zł. Gdyby w tym okresie stopa LIBOR nie uległa zmianie rata wzrosłaby o 191 zł.

Mniejsze zmiany dla kredytów w złotych - 3-miesięczna stopa WIBOR, od której zależy oprocentowanie kredytów w złotych, też spadła w ostatnich tygodniach, jednak spadek ten spadek był znacznie łagodniejszy niż w przypadku stopy LIBOR. W szczytowym momencie, 24 października, WIBOR wynosił 6,87%, a 18 listopada wynosił 6,71%, zatem spadł o 0,16 pkt. proc. Rata kredytu na 400 zł zaciągniętego na 30 lat w październiku (marża 1,5%), wynosiła w szczytowy momencie WIBOR-u 3039 zł, a obecnie 2994 zł, zatem zmniejszyła o 45 zł.

Obliczenia mają charakter teoretyczny, zakładają bowiem, że banki wyliczając oprocentowanie kredytów biorą pod uwagę codzienne zmiany stawek LIBOR i WIBOR, w praktyce aktualizacja następuje zwykle raz na kwartał. Z wyliczeń wynika ponadto, że obniżka stawki LIBOR częściowo zrekompensowała wzrost marż kredytowych. Rzeczywiście takie zjawisko ma obecnie miejsce, jednak trzeba pamiętać, że stopa rynkowa może się zmieniać w okresie kredytowania w obu kierunkach, a marża jest stała przez cały okres kredytowania.

Katarzyna Siwek, Jarosław Sadowski / Expander

czwartek, 30 października 2008

Jak przygotować się na przyjęcie euro?

Rząd przyjął harmonogram wchodzenia Polski do strefy euro zakładający, że przyjęcie wspólnej waluty nastąpi 1 stycznia 2012 roku. W opinii Expandera już dziś należy uwzględnić ten fakt w decyzjach finansowych, dotyczących zarówno oszczędzania, jak i zaciągania kredytów.

„Intencją rządu jest, aby w 2011 roku Polska spełniła nominalne kryteria konwergencji, co będzie świadczyć o osiągnięciu przez naszą gospodarkę dojrzałości niezbędnej do udziału w europejskim obszarze jednowalutowym - czytamy w komunikacie po dzisiejszym posiedzeniu rządu. „Pozwoli to (...) na przyjęcie przez nasz kraj wspólnej waluty europejskiej 1 stycznia 2012 roku". Taki harmonogram jest następstwem procedur związanych z przyjęciem euro.

Jak wygląda procedura wejścia do strefy euro?


Polska składa wniosek o wstąpienie do ERM2. Może w nim przedstawić opinię dotyczącą kursu centralnego. Wysokość tego kursu ostatecznie ustalają jednak ministrowie finansów państw strefy euro i ERM2, EBC i banki centralne państw należących do ERM2. Te same podmioty decydują o szerokości pasma wahań w ERM2. Z Traktatu Akcesyjnego wynika, że w ERM2 powinniśmy być minimum 2 lata przed sporządzaniem przez EBC i Komisję raportów o konwergencji, w których zawarta będzie ocena wypełnienia kryteriów z Maastricht przez Polskę. S tandardowo raporty sporządzane są co 2 lata, ale na wniosek państwa może on powstać wcześniej. Jeżeli Komisja Europejska jest za przyjęciem euro przez Polskę, do raportu o konwergencji dołącza wniosek o wprowadzenie euro. Wniosek opiniuje Rada Europejska (szefowie 27 państw UE) oraz Parlament Europejski. Ostateczną decyzję o tym, czy Polska może wprowadzić euro, kiedy i po jakim kursie podejmuje Rada Ecofin (ministrowie finansów 27 państw członkowskich). W 1998 r. Rada Ecofin podjęła decyzję wprowadzenia euro w 11 państwach UE, nie zgodziła się jednak na przyjęcie euro przez Grecję. Nastąpiło to dopiero 2 lata później. Raczej nie wydaje się prawdopodobne, aby data przyjęcia euro przez Polskę została ustalona na inny dzień niż 1 stycznia. Zmiana waluty w trakcie roku obrotowego byłaby bowiem bardzo skomplikowanym, o ile w ogóle wykonalnym, zadaniem dla przedsiębiorstw z punktu widzenia ksiąg rachunkowych.

Co będzie się działo z naszymi oszczędnościami i kredytami do momentu wejścia do strefy euro i w chwili zamiany waluty ze złotego na euro?


Zacznijmy od wyjaśnienia, czy musimy wchodzić do unii walutowej. Odpowiedź brzmi - tak. Zobowiązaliśmy się do tego, zgadzając się zostać członkiem Unii Europejskiej. Oczywiście, w unii są kraje, które do strefy euro nie należą. Część z nich: Wielka Brytania, Szwecja, Dania dostały od UE zgodę na odłożenie momentu przyjęcia wspólnej waluty. Inne kraje - nowi członkowie UE, w tym Polska - mogą wejść do unii walutowej dopiero wtedy, gdy spełnią warunki określone w tzw. traktacie z Maastricht.

Te warunki to:
- deficyt finansów publicznych (czyli nadwyżka wydatków nad dochodami budżetu państwa, ale też budżetów samorządów i wszelkich agend państwa) nieprzekraczający 3 proc. PKB. W przypadku Polski w ubiegłym roku ten deficyt wyniósł 2,0 proc. PKB;
- dług publiczny (czyli pozostające do spłaty zobowiązania budżetu centralnego oraz samorządów, jak obligacje, pożyczki, itp.) nieprzekraczający 60 proc. PKB. Polska w końcu 2007 r. miała zadłużenie odpowiadające 45,2 proc. PKB;
- wzrost cen nieprzekraczający średniej dla trzech państw UE o najniższej inflacji powiększonej o 1,5 punktu procentowego. Pod uwagę bierze się inflację wyliczaną przez Eurostat - unijne biuro statystyczne w oparciu o jego własną metodologię. Ponadto uwzględnia się tzw. średnioroczną inflację (czyli średnią roczną inflację z ostatnich 12 miesięcy). We wrześniu trzema unijnymi krajami o najniższej inflacji były Holandia (2,1 proc.), Portugalii (2,9 proc.) i Niemcy (3,1 proc.), stąd kryterium inflacyjne wynosiło 4,2 proc. Właśnie taka była średnioroczna inflacja w Polsce;
- długoterminowe stopy procentowe (chodzi o rentowność 10-letnich obligacji rządowych) nieprzekraczające średniej dla trzech krajów o najniższej inflacji, powiększonej o 2 pkt proc. Po ostatnim gwałtownym wzrośnie rentowności polskich obligacji różnica między Polską i krajami o najniższej inflacji wynosi ok. 2,8 pkt. proc. Oceniając wypełnienie kryterium KE i EBC będą jednak patrzeć na poziomy stóp w dłuższym okresie;
- kurs waluty (w naszym wypadku złotego) przez dwa lata musi przechodzić test w tzw. ERM2 - mechanizmie wymyślonym przez Unię Europejską i przygotowującym do przyjęcia euro. Test polega na tym, by waluta kraju, który chce wejść do strefy euro nie osłabiła się wobec euro o więcej niż 2,25 proc., a jednocześnie nie umocniła się o więcej niż 15 proc. od centralnego parytetu, który będzie ustalony wspólnie przez stronę polską (resort finansów i bank centralny) oraz unijną przed wejściem do ERM2. Tego warunku Polska nie miała jeszcze okazji spełniać. UE udowodniła już, że zgadza się na większe umocnienie, pozwalała bowiem na rewaluację, czyli podniesienie kursu parytetowego walut niektórych krajów będących w ERM2, ostatnio Słowacji.

Już sama konieczność spełnienia kryteriów z Maastricht będzie miała konsekwencje dla naszych finansów

Warto zdawać sobie sprawę z tego, że ostatni wymóg - dotyczący kursu sprawia, że w ERM2 raczej nie należy się spodziewać osłabienia złotego (chyba, że inwestorzy przestaną wierzyć, że Polska wejdzie do strefy euro i dokonają ataku spekulacyjnego na złotego, który zostanie zakończony sukcesem i doprowadzi do „wypadnięcia" naszego kraju z unijnego mechanizmu). Należy nastawiać się raczej na jego umocnienie. Będzie to związane m.in. z faktem, że z punktu widzenia inwestorów w miarę zbliżania się momentu wejścia do strefy euro Polska będzie zyskiwać na wiarygodności. Zagraniczni gracze będą coraz chętniej kupować nasze aktywa (przede wszystkim obligacje skarbowe), a żeby to zrobić, będą musieli wymienić swoją walutę na złotego, zwiększając na niego popyt na rynku. Słowacja, która przyjmie euro 1 stycznia 2009 r. była zmuszona podnieść z tego powodu kurs parytetowy korony względem euro.

Zakupy przez zagranicznych inwestorów mogą być tym większe, że Rada Polityki Pieniężnej, by doprowadzić do spełnienia kryterium inflacyjnego, będzie zapewne zmuszona do prowadzenia ostrzejszej polityki (czyli wolniejszego obniżania stóp) niż gdyby perspektywa euro była bardziej oddalona. Jednak, gdy nabierzemy pewności, że Polska zostanie przyjęta przez stronę unijną do strefy euro, stopy procentowe - nawet, jeśli będą relatywnie wysokie - szybko zostaną obniżone. W momencie zamiany złotego na euro nie powinno być już bowiem żadnej różnicy w wysokości stóp (przynajmniej tych krótkoterminowych, od których jest uzależnione oprocentowanie depozytów i kredytów) w Polsce i strefie euro.

W dłuższym terminie niższe oprocentowanie lokat bankowych

Posiadacze depozytów bankowych nie powinni spodziewać się szczególnych zmian ani w czasie dochodzenia przez Polskę do strefy euro, ani już wówczas, gdy nasz kraj stanie się członkiem unii walutowej. Wysokość oprocentowania jest uzależniona od poziomu stóp oficjalnych, ale w większym stopniu na oferowane przez banki stawki oprocentowania ma wpływ sytuacja na rynku bankowym i kapitałowym, czyli poziom konkurencji oraz zapotrzebowanie na finansowanie akcji kredytowej. Warto przy tym zdawać sobie sprawę, że po wejściu Polski do strefy euro nasze banki powinny mieć znacznie większe niż dotychczas możliwości pożyczania pieniędzy od instytucji finansowych w krajach Europy Zachodniej, ponieważ nasz rynek międzybankowy stanie się częścią rynku strefy euro. Trzeba jednak podkreślić, że dziś banki generalnie nie są skłonne do pożyczania sobie pieniędzy. Konsekwencją włączenia naszego rynku międzybankowego do rynku strefy euro może być jednak „uodpornienienie się" krajowych banków na wymagania ich polskich deponentów i pogorszenie atrakcyjności lokat bankowych.

Na oprocentowanie lokat złotowych będą też mieć decyzje Rady Polityki Pieniężnej, która będzie mieć dodatkowo na uwadze to, aby inflacja mieściła się poniżej kryterium z Maastricht. Rozpoczynając oczekiwany cykl obniżek stóp procentowych RPP będzie zmuszona działać ostrożniej niż w przypadku, gdyby Polska nie wchodziła do strefy euro. Jeszcze przed wejściem Polski do strefy euro (możliwe, że tuż przed „godziną zero", ale też niewykluczone, że na miesiące wcześniej) stopy procentowe w Polsce powinny obniżyć się do poziomu obowiązującego w strefie euro. To oznacza, że oprocentowanie depozytów w złotych powinno osiągnąć wówczas poziom zbliżony do stawek, jakie nasze banki będą proponować w tym momencie za lokaty w euro. Obecnie główna stopa NBP wynosi 6 proc., a Europejskiego Banku Centralnego 3,75 proc.

Oczekiwanie na obniżkę stóp procentowych to z kolei argument za rozpoczęciem inwestycji w obligacje skarbowe bezpośrednio lub poprzez fundusze. Można spodziewać się, że po tym, jak rentowność polskich obligacji 5-letnich osiągnęła w ostatnich dniach poziom 7,6 proc., trend wzrostowy ulegnie zmianie. Wysokość odsetek płaconych przez banki za lokaty walutowe zależy w głównej mierze od poziomu stóp procentowych (oficjalnych i rynkowych) obowiązujących w kraju, w którego walucie założony jest depozyt. Każdy z przypadków należy rozpatrywać osobno. W Polsce najpopularniejszymi walutami lokat są amerykański dolar, euro (które ponad 10 lat temu zastąpiło markę niemiecką), a ostatnio - dzięki masowym wyjazdom Polaków na Wyspy Brytyjskie - również funt.

To, jak bardzo opłacalny (lub nie) okaże się depozyt w walucie obcej, zazwyczaj w znacznie większym stopniu niż od jego oprocentowania zależy od tego, jak zachowuje się waluta lokaty w stosunku do złotego. Tymczasem w okresie poprzedzającym wejście Polski do strefy euro należy spodziewać się umocnienia złotego. Powstaje jednak pytanie, jak nisko w dół kurs złotego zostanie sprowadzony na obecnej fali spadkowej, zanim zacznie się ponownie umacniać. Dziś można przewidywać, że kurs euro/zloty tuż przed wejściem do strefy euro będzie niższy niż obecnie, ale nie znacząco niższy. Wydaje się, że posiadacze lokat walutowych powinni jeszcze zyskać na osłabieniu złotego, ale później korzystniejsze będzie oszczędzanie w złotych. Czy możliwa jest odwrotna sytuacja - że złoty w okresie pobytu w ERM2 straci na wartości i posiadacz depozytu walutowego zarobi więcej niż tylko na odsetkach? Wtedy, gdy złoty będzie przebywał w mechanizmie kursowym ERM2, może oczywiście dojść do próby spekulacji na spadek wartości naszej waluty. Nie potwierdzają tego jednak doświadczenia krajów, które w ostatnich latach wchodziły do strefy euro - takich ataków nie było. Warto też pamiętać o tym, że banki centralne krajów chcących wejść do strefy euro nie mogą pozwolić na spadek wartości swojej waluty o więcej niż 2,25 proc. w stosunku do kursu parytetowego (w przypadku złotego, gdyby parytet do euro wynosił 3,50 zł, najniższy możliwy kurs wynosiłby 3,5789 zł w stosunku do euro). Warto posłużyć się przykładem Słowacji, która przyjmuje euro 1 stycznia przyszłego roku. W ostatnich tygodniach, gdy złoty i inne waluty państw naszego regionu mocno traciły na wartości, słowacka korona zachowywała się stabilnie.

Co stanie się po naszym wejściu do strefy euro? Ci, którzy wcześniej będą mieli lokaty w złotych, automatycznie staną się posiadaczami depozytów eurowych. Zmiana nie będzie wymagała od nich wizyty w banku ani składania żadnej dyspozycji choćby przez telefon. Z punktu widzenia posiadaczy lokat w walutach obcych nie zmieni się zupełnie nic. Depozyt w dolarach nadal będzie depozytem w dolarach. Podobnie z lokatą w euro z tym, że od momentu wejścia Polski do strefy euro o takiej lokacie nie będzie się już mówić jako o walutowej.

Dla kredytobiorców kluczowe zmiany kursowe

Osoby dziś zaciągające kredyt mogą zarobić lub stracić w okresie dochodzenia Polski do strefy euro, głównie w zależności od tego, jaką walutę kredytu wybiorą. Biorąc pod uwagę obecną tendencję spadkową złotego można oczekiwać, że raty kredytów walutowych nadal będą rosły, a następnie, w miarę zbliżania się terminu wejścia do strefy euro zaczną ponownie maleć. W efekcie przed styczniem 2012 r., mogłyby być nieco niższe niż obecnie. Dla kredytu na 300 tys. zł zaciąganego dziś na 30 lat (25 proc. wkładu własnego), rata w przypadku kredytu w złotych wynosi 2222 zł, a w przypadku kredytu we frankach 1726 zł. Do tego, aby raty te zrównały się konieczny jest wzrost kursu CHF/PLN do ok. 3,39.

Oprocentowania kredytów we frankach powinno pozostać niższe niż dla kredytów w złotych, aczkolwiek w przypadku tych drugich należy oczekiwać spadku wysokości raty w wyniku obniżek stóp procentowych w Polsce. Dodatkowo można zakładać, że w miarę uspokajania obecnych napięć na rynku finansowym, banki będą też skłonne obniżać marże kredytowe. Kredytobiorcy wybierający kredyt walutowy muszą pamiętać, że cały czas będą narażeni na ryzyko kursowe. Chociaż złoty będzie się wahał w określonym przedziale, to ryzyko teoretycznie może być nawet większe niż obecnie, gdy kurs naszej waluty jest wolny. Dlaczego? Gdyby zdarzyło się, że złoty wypadnie z pasma wahań w mechanizmie ERM2, inwestorzy stracą zaufanie do naszego kraju i wówczas możemy mieć do czynienia z bardzo dużym spadkiem notowań naszej waluty.

Stabilny frank

Pamiętajmy, że kredyty dewizowe mogą być faktycznie zaciągane w różnych walutach. Najprostszy jest przypadek pożyczki w euro. Tu bowiem różnica w stopach procentowych nawet jeśli początkowo się powiększy, to potem będzie się zacierać. Kurs złotego powinien zaś zmierzać w stronę parytetu ustalonego przez władze nasze i UE (chyba, że dojdzie do jego rewaluacji, ale na tym kredytobiorcy będą zyskiwać).

Bardziej skomplikowana jest sytuacja osób zaciągających kredyty we frankach szwajcarskich czy jenach. W tych wypadkach najwięcej będzie zależało od tego, jak te waluty będą zachowywać się w stosunku do euro. W przypadku jena zmienność jest duża. W latach 1999-2008 (dane do lipca br.) średnia miesięczna zmiana kursu japońskiej waluty w stosunku do euro wynosiła 2,3 proc. (złoty w tym czasie tracił bądź zyskiwał wobec euro średnio 2,1 proc. miesięcznie). Natomiast wahania franka szwajcarskiego wobec euro to przeciętnie niespełna 1 proc. Jednocześnie przez niemal dziesięć lat (czyli blisko 2,5 tysiąca dni) od startu strefy euro miesięczna zmiana kursu franka do euro tylko 670 razy przekroczyła 1 proc. Tylko - bo w przypadku jena do euro poziom jednoprocentowej zmiany w ciągu miesiąca był przekroczony 1770 razy, a w przypadku kursu złotego wobec euro - 1800 razy. Wnioski? Jeśli mamy wybierać między frankiem a jenem, mniej nieprzespanych nocy będzie nas kosztował ten pierwszy (oczywiście, o ile jego kurs będzie się zachowywał podobnie do tego, co miało miejsce w ostatnich dziesięciu latach).

Zamiana kredytu po 1 stycznia

Co stanie się z kredytami w momencie wejścia Polski do unii walutowej? Jeśli będziemy w tym momencie posiadaczami pożyczki w euro nie odczujemy żadnej zmiany, a jedynie ustalony zostanie poziom naszego zobowiązania w odniesieniu do np. naszych zarobków. Jeśli kredyt będzie denominowany we frankach szwajcarskich bądź w jenach, nadal będziemy spłacać kredyt walutowy, tyle że przewalutowanie comiesięcznych rat nie będzie się odbywało na linii, powiedzmy, złoty-frank, a euro-frank.

Problemy z zaokrągleniem

Chwila wejścia Polski do strefy euro i zamiany złotego na unijny pieniądz będzie miała jednak konsekwencje daleko wykraczające poza deponentów i kredytobiorców. Najważniejszą kwestią jest to, czy po wejściu Polski do strefy euro należy obawiać się wzrostu cen, czy też nie. Źródłem wzrostu cen miałyby być zaokrąglenia cen przy przeliczaniu ich ze złotych na euro. Analizy ekonomistów (również niedawne prace prowadzone w Narodowym Banku Polskim) wskazują, że ten efekt raczej nie będzie duży. Inna sprawa, że będzie dotykał przede wszystkim cen tych towarów, które kupujemy najczęściej (jak żywność). Dlatego „inflacja odczuwana" przez konsumentów może być wyższa niż faktyczny wzrost poziomu cen.

Zastąpienie w naszych portfelach złotego przez euro będzie rodziło jeszcze inne problemy w codziennym życiu Polaków. Na przykład, jaka powinna być wysokość napiwku w barze albo restauracji. Albo - co wrzucić „na tacę" podczas niedzielnej mszy. Czy to tylko wymyślony problem? Ci, którzy dziś dają księdzu 10 zł po wejściu do strefy euro powinni dać niespełna 2,7 euro (przy założeniu, że kurs zamiany euro na złotego byłby na poziomie 3,72). Problem w tym, że takiej monety nie ma. Do wyboru będzie 2 euro albo 5 euro jako jedna moneta, lub 3 euro jako dwie monety. Każda parafia może więc co niedzieli „tracić" 25 proc. dotychczasowych wpływów albo też powiększyć je np. o 85%. Na rozstrzygnięcie tej kwestii mamy jednak jeszcze ponad trzy lata.

Zespół Analiz Expandera

czwartek, 23 października 2008

System PekaoFIRMA24

Ponad 90 000 klientów korzysta z bankowości elektronicznej PekaoFIRMA24 - systemu bankowości internetowej Banku Pekao SA dedykowanego dla segmentu małych i średnich firm.

System PekaoFIRMA24 został udostępniony klientom w czerwcu 2008 r. Jest to unikalna na rynku polskim usługa bankowości internetowej zbudowana z myślą o klientach z segmentu małych i średnich firm. Ponad 120 000 użytkowników realizuje dziennie ponad 68 tysięcy transakcji. Logowanie do systemu PekaoFIRMA24 oddzielono od rachunku indywidualnego, zastosowano mechanizmy zapewniające najwyższy standard bezpieczeństwa zarówno podczas logowania, jak i autoryzowania transakcji.

„Klienci z segmentu małych i średnich firm wymagają coraz bardziej zaawansowanych technologicznie narzędzi do zarządzania finansami firmowymi. System PekaoFIRMA24 to odpowiedź Banku Pekao SA na specyficzne potrzeby tej grupy Klientów. Cieszymy się bardzo, że liczba firm aktywnie korzystających z PekaoFIRMA24 wzrasta. Systematyczny rozwój i wdrażane modyfikacje w PekaoFIRMA24 znajdują uznanie wśród naszych klientów z segmentu małych i średnich firm – powiedział Bartłomiej Nocoń, dyrektor Departamentu Bankowości Elektronicznej w Pionie Bankowości Indywidualnej i Biznesowej Banku Pekao SA.

Klienci PekaoFIRMA24 realizują nie tylko zlecenia standardowe, takie jak przelewy krajowe i zagraniczne, ale korzystają także z bardziej zaawansowanych funkcjonalności wyróżniających system na rynku. Są to np. import i eksport plików, możliwość generowania skomplikowanych raportów finansowych wg potrzeb firmy, autodealing, czyli zlecanie przelewów zagranicznych z preferencyjnym kursem walutowym. Korzystają także z funkcji umożliwiających wielostopniową akceptację zleceń przez kilka osób łącznie.

Potwierdzeniem tego, że PekaoFIRMA24 spełnia najwyższe standardy rynkowe jest tytuł – Europrodukt 2008 otrzymany w październiku br, zaledwie kilka miesięcy od uruchomienia systemu.

Potencjał rozwoju usług bankowości internetowej w Polsce jest ogromny. Według danych Związku Banków Polskich obecnie w Polsce z bankowości elektronicznej korzysta tylko 6,1 mln osób, podczas gdy dostęp do rachunku przez Internet posiada 11 mln klientów banków. Do roku 2010 liczba aktywnych użytkowników ma wzrosnąć do ok. 10 mln.

Polityka Banków w kryzysie

Część banków oblała egzamin z fair play

Zaostrzając warunki udzielania kredytów mieszkaniowych część banków zastosowało nowe zasady, czyli wyższe marże i wyższy wymagany wkład własny, wobec klientów, którzy byli już w procesie aplikacyjnym - wynika z analizy Expandera. W krańcowym przypadku nowe zasady zostały zastosowane nawet wobec klientów, którzy otrzymali wcześniej decyzję kredytową, co może oznaczać wymierną stratę.

Zaostrzenie warunków udzielania kredytów hipotecznych okazało się prawdziwym egzaminem dla banków w zakresie fair play. Expander przeanalizował, w jaki sposób banki dokonały zmian w ofercie kredytowej, zarówno w zakresie wysokości marż, jak i wymaganego wkładu własnego. Wnioski są następujące: większość banków wprowadziła zmiany w sposób niebudzący zastrzeżeń, są jednak takie, które zachowały się skandalicznie.

Analizując politykę banków w zakresie zaostrzania warunków dla kredytów mieszkaniowych, można podzielić banki na cztery grupy. Pierwsza to podmioty, które wprowadziły nowe stawki marż czy wymogi dotyczące zdolności kredytowej oraz wkładu własnego wobec wszystkich klientów, tzn. zarówno nowych, jak i tych, których byli w już w procesie aplikacyjnym, a nawet otrzymali pozytywne decyzje kredytowe. Takie działania mogą być przyczyną wymiernych strat poniesionych przez klientów. Dotyczy to osób, które dokonały wpłat zadatku na mieszkanie, a później w dniu, w którym umowa kredytowa miała być podpisana, dowiedziały się, że decyzja banku została anulowana. Na drugim biegunie mamy banki, które nie dość, że nie zmieniły zasad klientom, których wnioski zostały już zarejestrowane, to jeszcze dały nowym czas na złożenie wniosków na starych zasadach. Kolejna grupa to banki, które zmieniły warunki od zaraz, ale tylko dla nowych klientów. Ostatnia grupa to banki, które co prawda zmieniły zasady klientom będącym już w procesie aplikacyjnym, ale potraktowały ich w sposób ulgowy względem nowych klientów.

Do pierwszej grupy możemy zaliczyć Bank Millennium. Pierwsze decyzje banku dotyczące zaostrzenia warunków udzielania kredytów zakładały co prawda utrzymanie starych zasad dla wniosków kredytowych już procedowanych, jednak zgodnie z ostatnia decyzją banku, z 13 października, nowe zasady obowiązują wszystkich klientów, którzy nie podpisali jeszcze umowy kredytowej. Chodzi o podwyższenie obowiązkowego wkładu własnego do 35% dla kredytów walutowych i 20% dla złotowych, podwyżki marż, a także skrócenie okresu kredytowania do 35 lat.

Nieco lepiej do klientów podszedł Bank Nordea, który też początkowo próbował honorować wnioski już procedowane, ale ostatecznie zmienił zasady w trakcie gry. Przewaga Nordei w stosunku do Millennium polega jednak na tym, że ten pierwszy zastosował stare zasady wobec klientów, którzy co prawda nie podpisali jeszcze umowy kredowej, ale otrzymali już decyzję kredytową. Zmiany to podniesienie obowiązkowego wkładu własnego do 10% oraz podwyżka marż.

Część banków zdecydowała się co prawda zmienić warunki klientom będącym już w procesie aplikacyjnym, ale potraktowała ich ulgowo względem nowych. Polbank podzielił klientów, którzy już złożyli wniosek kredytowy na trzy grupy: takich, którzy otrzymali decyzję ostateczną, takich, którzy otrzymali decyzję wstępną oraz takich, którzy nie otrzymali jeszcze żadnej decyzji. Względem pierwszej grupy bank utrzymał dotychczasowe warunki zarówno jeśli chodzi o sposób liczenia zdolności kredytowej, jak i wysokość marż. Wobec drugiej grupy bank utrzymał zasady dotyczące wyliczania kwoty kredytu, ale zmienił warunki cenowe, natomiast wobec trzeciej grupy przyjął nowe warunki zarówno cenowe, jak i dotyczące kwoty kredytu.

Nieco inaczej postąpiły mBank i Multi Bank. Można ująć to w sposób następujący: podwyżki dla klientów będących w procesie aplikacyjnym były mniejsze niż dla nowych klientów. Przy pierwszej podwyżce marż zastosowano jednak zasadę, że dla klientów mających już decyzję, warunki kredytu zostały utrzymane. Druga podwyżka marż objęła tylko nowych klientów.

Kolejna grupa to banki, które nie zmieniły zasad dla klientów będących już w procesie aplikacyjnym. Tak postąpiły m.in. ING Bank Śląski, PKO BP czy Reiffesien Bank. Jeszcze większy ukłon w stronę klienta zrobiły Kredyt Bank i GE Money Bank. Nie tylko nie zmieniły zasad wobec klientów, którzy już złożyli wnioski, ale dodatkowo zastosowały okresy przejściowe dla nowych klientów, dając im czas na złożenie wniosku na starych zasadach. W GE okres przejściowy jest najdłuższy.

Expander nie kwestionuje konieczności zaostrzania warunków udzielania kredytów hipotecznych, gdyż wynika to z sytuacji na rynku. Podejmując decyzje o zaostrzeniu kryteriów banki wykazały się jednak krańcowo różną troską o interes klienta. Można oczekiwać, że nie pozostanie to bez wpływu na przyszłe decyzje klientów. Nadszarpnięte zaufanie nie tak łatwo odbudować.

Katarzyna Siwek, Jarosław Sadowski / Expander

piątek, 17 października 2008

Bezpieczeństwo w bankach internetowych

Polacy coraz chętniej obsługują swoje rachunki przez internet. Jednak zdecydowana większość z nas nadal ma poważne obawy dotyczące korzystania z usług bankowości elektronicznej. Tymczasem poziom bezpieczeństwa polskich e-banków jest bardzo wysoki, a najsłabsze ogniowo w łańcuchu zabezpieczeń stanowi niestety klient.

Bankowość internetowa to już niemal standard w ofercie naszych banków. Każda licząca się instytucja zaoferowała już swoim klientom możliwość obsługi konta bankowego przez internet, a z każdym miesiącem przybywa osób korzystających z tego kanału dostępu. Dotyczy to zarówno nowych klientów banków, jak również „tradycjonalistów”, którzy dotychczas obsługiwali rachunek w placówkach bankowych. Ich wszystkich kusi wygoda, dostęp do rachunku 24 godziny na dobę i zdecydowanie niższe ceny poszczególnych usług.

Gwarancje Funduszu

Bankowość internetową oferują banki stricte internetowe, określane niekiedy mianem banków „wirtualnych”, jak również banki tradycyjne, w tym również spółdzielcze i niektóre SKOK-i. Najbardziej nieufnie klienci traktują właśnie banki „wirtualne”. Najczęściej podnoszonym argumentem jest owa „wirtualność”, pojmowana jako bank na niby. Tymczasem należy pamiętać, że za każdą instytucją „wirtualną” stoją potężne grupy finansowe. Inteligo należy do PKO Banku Polskiego, mBank jest marką BRE Banku, a Volkswagen Bank direct czy Toyota Bank Polska należą do największych koncernów samochodowych.

Nie ma więc żadnego ryzyka związanego z tym, że bank nagle zniknie z rynku a pieniądze przepadną. Należy pamiętać, że oszczędności zgromadzone w tych instytucjach, tak samo jak w przypadku innych banków, objęte są obowiązkowym systemem gwarantowania Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Tak naprawdę jedynym mankamentem może być brak dostępu do placówek.

Praktycznie wszystkie banki „tradycyjne” udostępniły już swoim klientom dotychczas obsługującym konto w okienku kasowym także możliwość obsługi rachunku przez internet. Część z nich wprowadziła ponadto specjalne konta dla klientów preferujących korzystanie z konta tylko za pośrednictwem sieci. I okazuje się, że cieszą się one coraz większą popularnością. Nadal jednak większość klientów podchodzi nieufnie do obsługi konta przez internet. Czy słusznie?
Nie ufaj obcym

Poziom bezpieczeństwa polskich e-banków jest bardzo wysoki. Przypadki ataku cyberprzestępców na bezpośrednio na wewnętrzne systemy i zabezpieczenia instytucji finansowych praktycznie się nie zdarzają. Cyberprzestepcy wykorzystują inną technikę - atakują naiwnych klientów, którzy nie przestrzegają podstawowych zasad bezpieczeństwa korzystania z bankowości internetowej. Ich celem stają się także słabo zabezpieczone komputery prywatnych użytkowników.

Jednym z najczęściej stosowanych ataków na użytkowników bankowości internetowej jest tzw. phishing. Terminem tym określana jest próba wyłudzenia informacji na temat konta czy karty kredytowej, poprzez fałszywy e-mail z banku. Złodzieje rozsyłają list do setek internautów z nadzieją na złowienie naiwnego klienta. W e-mailu wyglądającym niczym korespondencja z banku proszą o podanie danych dostępowych do konta oraz np. trzech kolejnych kodów ze zdrapki. Swoją prośbę argumentują bądź awarią systemu, bądź koniecznością aktualizacji lub sprawdzenia poprawności informacji o kliencie. W mailu podany jest spreparowany adres internetowy, który przekierowuje klienta na fałszywą stronę z formularzem do wypełnienia. Jeśli klient nabierze się na taki trik, złodzieje otrzymują niezbędne dane do wyczyszczenia rachunku.

Pamiętaj! Banki nigdy nie proszą drogą korespondencyjną o podanie wrażliwych informacji. Jeżeli kiedykolwiek taki mejl trafi do naszej skrzynki należy go skasować, a pod żadnym pozorem nie wchodzić na podany w wiadomości adres internetowy.


Fałszywy adres przekierowuje z reguły na stronę wyglądającą identycznie jak strona bankowa. Należy jednak sprawdzić, czy witryna posiada odpowiednie certyfikaty bezpieczeństwa. Opis, w jaki sposób można sprawdzić certyfikat znajduje się na każdej stronie banku. Zaufane witryny są identyfikowane przez przeglądarki internetowe.

Przeglądarki - Zabezpiecz komputer

Inny problem stanowi brak odpowiednich zabezpieczeń na komputerach osobistych wielu użytkowników. Aby zmniejszyć ryzyko zagrożenia wystarczy zainstalować program z kategorii firewalli (tzw. zapór ogniowych) i antywirusa. Nie jest konieczne kupowanie drogiego oprogramowania, bo w sieci możemy znaleźć wiele darmowych i bardzo dobrych programów alternatywnych. Należy pamiętać, że instalowanie aplikacji pobranych z niesprawdzonych stron internetowych bardzo często kończy się zainfekowaniem komputera przez oprogramowanie szpiegujące.
Autoryzacja transakcji

Dostęp do bankowości internetowej jest zabezpieczony kilkustopniowymi etapami uwierzytelniania. Do zalogowania się do systemu konieczne jest podanie identyfikatora klienta oraz hasła. Dodatkowo, aby potwierdzić transakcję należy podać kod ze zdrapki, SMS-a lub wygenerowany przez token.

Banki coraz częściej stosują zabezpieczenia w postaci haseł SMS-owych i zastępują nimi dotychczasowe karty kodów i zdrapki. Podczas dokonywania transakcji klient otrzymuje bezpośrednio na swój numer telefonu komórkowego SMS-owe hasło, za pomocą którego ma potwierdzić operację. Oznacza, to że nawet jeśli dane potrzebne do zalogowania się na konto dostaną się w ręce osoby niepowołanej to nie dokona ona autoryzacji przelewu. Sam klient nie zna też kolejnych kodów i nie może ich spisać na „zapas”. Hasło jest generowane indywidualnie do każdej transakcji i przesyłane podczas jej dokonywania.

Wojciech Boczoń
, Bankier.pl

środa, 15 października 2008

Zdolność kredytowa w czasach kryzysu?

W czasach, gdy na rynkach finansowych zawrotną karierę robi słowo „kryzys”, kredytobiorcy tracą swój optymizm. Łatwe do udźwignięcia raty kredytowe z reklam banków, szczególnie tej z kredytu hipotecznego, stają się coraz bardziej dolegliwe. Teoretycznie banki udzielając klientom kredytu o tak dużej wartości, na długi okres czasu powinny przewidzieć możliwą recesję i spadek dochodów, ale z ewentualnymi problemami w spłacie już kredytobiorca musi poradzić sobie sam. Jak więc ratować zdolność kredytową?

Tradycyjnie liczenie zdolności kredytowej bazuje w bankach na dość skomplikowanych metodach statystycznych,
niemniej jednak zawsze cel jest ten sam. Bankowcy próbują po prostu ustalić, czy dany klient będzie w stanie spłacać z miesiąca na miesiąc ratę kredytu. Sęk w tym, że jeśli weźmiemy kredyt na 20-30 lat, to w tym czasie może zdarzyć się wszystko. Od zdarzeń losowych, po problemy finansowe, czy też kłopoty gospodarcze całego kraju. A po podpisaniu umowy kredytobiorca zostanie sam na sam z terminową spłatą kredytu. Czy można w jakiś sposób zagwarantować sobie zdolność kredytową? Wbrew pozorom nie jest to zbyt trudne, jednak zwiększa koszty kredytowania. Takim rozwiązaniem jest np. ubezpieczenie przed bezrobociem, co może pozwolić przetrwać okres pomiędzy utratą pracy i znalezieniem kolejnej posady. Polisa tego rodzaju nie jest jednak bezwarunkowa. Przede wszystkim wypłata ewentualnego świadczenia ograniczona jest do kilku miesięcy, więc nie chroni przed długotrwałym bezrobociem. Dużo ważniejsze może być posiadanie ubezpieczenia na życie. O ile, bowiem z utratą pracy można sobie jeszcze poradzić, to przeciwności losu już mogą nam uniemożliwić spłacenie kredytu. Wypadki, utrata zdrowia, a czasami i życia przez jedno ze współkredytobiorców jest nie tylko wielkim bólem, ale też wpędza najbliższych w duże problemy finansowe. Koszt właściwej polisy ubezpieczeniowej w relacji do wartości kredytu i możliwych szkód będzie po prostu niewielki. Będzie to niska cena za spokój. Na szczęście najtrudniejsze sytuacje zdarzają się jednak na tyle rzadko, że raczej powinniśmy zainteresować się tym, jak podołać spłacie kredytu na bieżąco.

Jak więc odpowiedzieć sobie w prosty sposób, na jaki kredyt nas stać? Na rynku amerykańskim, który jest dużo bardziej rozwinięty niż nasz, i gdzie udziela się o wiele, wiele więcej kredytów szacuje się, że bezpieczny poziom raty, to taki, który nie przekracza jednej trzeciej dochodów rozporządzalnych. Czyli zarabiając na rękę 2400 zł miesięcznie byłoby to 800 zł, a dla przykładowo 3000 zł byłoby to już 1000 zł. Sądzi się też, że bezpieczny poziom długu to dwu-trzykrotność dochodów rocznych brutto. W polskich warunkach przy zarobkach 5000 zł brutto miesięcznie byłoby to 150000 zł. Banki dziś oczywiście dają więcej kredytu przy takich dochodach, bo liczą, że dochody polskiego społeczeństwa będą szybko wzrastały. Potwierdza to wzrost wynagrodzeń. Takie założenie może być jednak niebezpieczne, szczególnie przy zaciąganiu kredytów mieszkaniowych, które udzielane są na długie terminy. Planowanie finansowe w takich warunkach budżetu domowego nie będzie już li tylko pustym sloganem. W prosty sposób można zapewnić sobie stabilność i bezpieczeństwo finansowe, dysponujące nawet relatywnie niskimi dochodami świadomie gospodarując środkami i przestrzegając kilku prostych i łatwych zasad.

Zalecanie dyscypliny wydatków wydaje się truizmem, ale istnieje kilka prostych sposobów na ich ograniczenie. Przede wszystkim warto dokładnie je planować, a środki, jakimi dysponujemy dzielić na budżety. Warto zastanowić się i spisać wszystkie wydatki stałe w danym miesiącu i dla nich zablokować środki na rachunku bankowym. Jednocześnie zastanawiając się, które grupy wydatków możemy obniżać. Ustalamy również bieżącą wysokość zobowiązań finansowych, w tym oczywiście kredytu hipotecznego. Jeśli nasze zobowiązania są zróżnicowane należałoby się zastanowić nad ich konsolidacją. Konsolidowanie długu i obniżanie kosztów finansowanie będzie stanowić ważny element strategii domowego budżetu. Jeśli spłacamy kredyt konsumpcyjny, samochodowy lub korzystamy z limitu w karcie kredytowej na pewno są one wyżej oprocentowane niż kredyt hipoteczny. Można w takim wypadku podwyższyć sumę kredytu hipotecznego w części z dowolnym celem i dzięki temu spłacić pozostałe, droższe w obsłudze zobowiązania. Obniży to koszty i pozwoli też lepiej kontrolować wydatki. Jedna wysoka rata działa też bardziej mobilizująco na kredytobiorcę niż wiele, ale drobnych kwot, które pozornie wydają się łatwiejsze do udźwignięcia. Iluzja niskich rat, co zresztą często jest wykorzystywane w reklamach, niejednego już kredytobiorcę wpędziła w kłopoty.

Po podzieleniu środków pozostałą kwotę do dyspozycji dzielimy również na części i również blokujemy na rachunku, Np. zakładając krótkoterminowe lokaty, aby środki nie były łatwo dostępne. Pozwoli nam to ochronić się przed niepotrzebnymi, impulsywnymi zakupami i wydatkami. Na zakupy warto wybierać się z odliczoną kwotą środków w postaci gotówki lub korzystając z ograniczonego salda w koncie. Niewielka ilość gotówki na drobne, kompulsywne zakupy oczywiście jest dopuszczalna, ale kluczem do porządku w budżecie domowym jest właśnie ograniczanie dostępności łatwego pieniądza. Takie świadome zarządzanie środkami pozwoli nam lepiej przetrwać trudne czasy. W miarę możliwości dobrym rozwiązaniem są również próby gromadzenia pewnych, nawet minimalnych oszczędności. Robiąc drobne, ale systematycznie oszczędności zabezpieczymy się przed niespodziankami. Tworzenie oszczędności, które będą stanowić rezerwę, gdy np. kredyt będzie droższy lub nasze dochody w przyszłości mogą się zmniejszyć, pozwoli na łagodne przejście przez ewentualne problemy z płynnością finansową. Oczywiście zgromadzone tą drogą oszczędności mogą być też wykorzystane w późniejszym czasie do wcześniejszej spłaty kredytu, gdy nasza sytuacja finansowa ulegnie stabilizacji.

Do bardziej radykalnych i systemowych sposobów poprawy stanu własnego budżetu zaliczylibyśmy już takie działania, jak świadome ograniczanie konsumpcji, czy zastępowanie droższych produktów, tańszymi. Wbrew pozorom do pewnego zakresu jest to możliwe bez znaczącej utraty ich funkcjonalności. Korzystając z dużej konkurencji na rynku można rzeczywiście obniżyć koszty życia, bez obniżania drastycznie jego standardu. Działania kredytobiorcy mogą też zmierzać do powiększania swojej siły dochodowej. Zastanowienie się nad swoją drogą zawodową, próby poszukiwania lepiej płatnej pracy, bardziej aktywne zachowania na rynku pracy pozwolą na powiększenie naszych dochodów. Kolejną sprawą jest bilans posiadanych aktywów. Być może nie potrzebujemy np. dwóch samochodów w rodzinie, ale również np. niektórych urządzeń. Dzięki dostępności i taniości aukcji internetowych być może za czasami nawet niewiele warte rzeczy, które są dla nas zbędne można uzyskać całkiem sensowne pieniądze.

I na sam koniec pozostaje nam pozostaje jeszcze „wiara i optymizm”, że damy sobie radę. Chcieć to móc mówi przysłowie, więc warto zawsze być nastawionym pozytywnie, ale takie nastawienie nie powinno eliminować poczucia odpowiedzialności za budżet domowy. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości, co do własnych możliwości finansowych, umiejętności należy zawsze szukać profesjonalnej porady u osób znających realia finansów. I jeśli nawet pojawiają się kłopoty, nie załamywać rąk, tylko szukać rozwiązań w porozumieniu z bankiem. Częstym błędem kredytobiorców mających trudności ze spłatą kredytu jest oczekiwanie na cud. Brnięcie w długi licząc na odwrócenie złej passy. Niestety takie podejście zawsze kończy się źle, a gdy do drzwi puka komornik jest już za późno. Pamiętając o kilku prostych zasadach i odpowiednio wcześniej przygotowując się na trudne czasy, mając za oręż zdrowy rozsądek, żaden kryzys nie będzie nam już straszny.

Dr Bogusław Półtorak / Główny Ekonomista Bankier.pl S.A.

Analiza na światowych rynkach

Czy leci z nami pilot?

Początek tygodnia przyniósł gwałtowną i kolosalną wręcz zmianę nastrojów na światowych rynkach. Inwestorzy, którzy jeszcze w piątek wyzbywali się akcji na potęgę, zmienili swoje zapatrywanie na rynek o 180 stopni, a fala wzrostów, która zalała światowe parkiety była rekordowo wysoka. W poniedziałek już w trakcie azjatyckiej części handlu indeks MSCI Asia Pacific (okrojony o świętującą tego dnia Dzień Zdrowia i Sportu Japonię) wzrósł o 7,44 proc., a potem było już tylko lepiej. Paneuropejski DJ Stoxx 600 zakończył sesję na 9,87 proc. plusie, najwyższym w historii, a następnie najpotężniejszy od 1939 r. wzrost zanotował amerykański S&P500, zyskując 11,58 proc. i przebijając w górę psychologiczną barierę 1000 pkt. Dziś znowu mamy powtórkę z rozrywki. Kolejny po MSCI Asia Pacific benchmark dla regionu Azji i Pacyfiku, czyli DJ Stoxx Asia Pacific 600 skoczył o 10,5 proc. (stan na godz. 9:00), a japoński indeks Nikkei 225 zwyżkował najsilniej w historii, bo aż o 14,15 proc. We wtorek w Europie też nie najgorzej, bo o godz. 10:40 DJ Stoxx 600 rósł o 4,81 proc.

Powód tak gigantycznych wzrostów jest tylko jeden, ale za to jak ważny. Inwestorzy w końcu uwierzyli nie tylko w to, że rządy i banki centralne na całym świecie zrobią dosłownie wszystko, aby zwalczyć obecny kryzys i dać w ten sposób pośrednio odetchnąć słabnącej gospodarce, ale też w to, że te masowe działania w końcu przyniosą pożądany skutek. Wszystko zaczęło się tak naprawdę w sobotę, kiedy to ministrowie finansów oraz szefowie banków centralnych siedmiu najbogatszych państw świata (G7) we wspólnym oświadczeniu zgodzili się, że obecna sytuacja wymaga niezwłocznych i nadzwyczajnych działań. Dzień później państwa członkowskie strefy euro przyjęły w Paryżu plan ratowania banków, obejmujący m.in. gwarancje dla pożyczek międzybankowych oraz ochronę banków przed bankructwem poprzez ich dekapitalizację. Na wynik tych obu spotkań nie trzeba było długo czekać. W poniedziałek praktycznie z każdego zakątka Europy spływały co chwila informacje o tym, że konkretne kraje (w tym Wielka Brytania, Niemcy, Francja) wykładają na stół ogromne ilości środków finansowych, które mają być przeznaczone na zwiększenie gwarancji i dokapitalizowanie instytucji finansowych, lub jak kto woli na nabycie w nich udziałów. Co więcej także wczoraj dokładnie o godz. 9:00 rano pojawiła się informacja Fed, że Bank Anglii, Europejski Bank Centralny oraz Bank Szwajcarii udostępnią instytucjom finansowym nieograniczoną ilość funduszy w dolarach, przeprowadzając aukcje krótkoterminowych stałooprocentowanych 7, 24 i 84 dniowych pożyczek oraz to, że podobne działania rozważa także Bank Japonii. Jakby tego było mało to dziś napłynęły doniesienia o tym, że administracja Busha zainwestuje 125 miliardów dolarów w uprzywilejowane akcje dziewięciu największych amerykańskich banków (Citigroup, Goldman Sachs, Wells Fargo, JPMorgan Chase, Bank of America, Merrill Lynch, Morgan Stanley, State Street, Bank of New York Mellon), co oczywiście jest częścią przyjętego nie tak dawno temu Planu Paulsona. Konferencja prasowa w tej sprawie ma się odbyć jeszcze dziś o godz. 14:30 czasu polskiego.

Zdecydowana poprawa nastrojów na rynku akcji i wiążące się z tym nadzieje na uratowanie światowej gospodarki znalazły też swoje natychmiastowe odbicie w rynkach towarowych. W poniedziałek indeks Reuters/Jefferies CRB wzrósł o 3,04 proc., a w USA listopadowe kontrakty terminowe na ropę na Nymexie poszły w górę o 4,49 proc. (81,19 USD/bar.), a te grudniowe na miedź skoczyły o 7,83 proc. W dół o 0,98 proc. zapikowały za to grudniowe futuresy na złoto. Dziś trend ten jest kontynuowany, tyle że do grona zwyżkujących dołączyło także nieśmiało, ale jednak, złoto. O godz. 10:40 kontrakty na ropę rosły o 3,13 proc. (83,73 USD/bar.), te na miedź o 5,21 proc., a te na złoto o 0,71 proc.

W poniedziałek na krajowym rynku akcyjnym w ślad za wspaniałą atmosferą na Zachodzie rynek otworzył się bardzo dobrze. Wszystkie główne indeksy GPW rozpoczęły sesję od silnych wzrostów i można by rzec, że inwestorzy zapomnieli o kolosalnej wyprzedaży do której doszło w trakcie piątkowego handlu, kiedy to indeks WIG20 zniżkował w ciągu dnia nawet o 13,5 proc. (1874,53 pkt) i znalazł się na najniższym poziomie od maja 2005 r. W rezultacie rano indeks WIG20 rósł nawet o 3,51 proc. (2001,5 pkt). Potem niestety było już tylko gorzej, a dzień skończyliśmy odpowiednio na +1,19 proc. (WIG20 2015,39 pkt) i +1,65 proc. (WIG). Tak nikłe zwyżki były niczym, przy tym co w tym samym czasie (16:30) działo się na Zachodzie i w USA, gdzie indeks DJ Stoxx 600 zyskiwał 7,09 proc., a S&P500 rósł o 5,26 proc. Pytanie o to dlaczego tak się stało, pozostaje jednak bez odpowiedzi. Choć dziś uczestnicy warszawskiego rynku w końcu się obudzili i o godz. 10:40 indeks WIG20 zwyżkował o 4,84 proc. (2112,91 pkt), a indeks WIG rósł o 4,59 proc., to nie ma co ukrywać, że straconej wczoraj szansy na większą aprecjację po prostu szkoda.

Poprawa nastrojów na świecie oraz większa chęć do ryzyka ze strony inwestorów zagranicznych pomogła także złotemu. Po fatalnej piątkowej sesji, kiedy to cena dolara skoczyła nawet do 2,6886 (była najwyższa od września 2007 r.), cena euro wzrosła do 3,6392 (była najwyższa od stycznia br.), a dzień zakończył się odpowiednio przy 2,6460 (+2,47 proc.) i 3,5612 (+1,23 proc.), w poniedziałek inwestorzy przystąpili do zakupów naszej waluty. Kurs USD/PLN spadł wczoraj do 2,6222 (-0,90 proc.), a kurs EUR/PLN zniżkował do 3,5416 (-0,55 proc.). Dziś złoty zyskuje jeszcze mocniej. O godz. 10:40 cena dolara idzie w dół o 2,60 proc. do 2,5540, a cena euro zniżkuje o 1,55 proc. do ok. 3,4865.

Komentarz sporządził: Marek Nienałtowski

Bankowość spółdzielcza

- bankowość bezpieczna?

W dniu 14.10.2008 odbyła się w siedzibie Banku BPS SA konferencja prasowa poświęcona kondycji finansowej sektora bankowości spółdzielczej w dobie kryzysu na rynkach finansowych.

Prezes Zarządu BPS Mirosław Potulski zapewnił, że bankowość spółdzielcza w Polsce jest bezpieczna, ponieważ prowadzi działalność przede wszystkim w oparciu o środki depozytariuszy, nie korzystając z finansowania na rynku międzybankowym, ani nie inwestując nadwyżek w ryzykowne instrumenty pochodne, a także nie ma nic wspólnego pod względem właścicielskim, jak również biznesowym z zagranicznymi rynkami finansowymi. Ponadto, sektor bankowości spółdzielczej tworzy grupę, która jako jedna z niewielu podmiotów posiada wolne środki i wykazuje nadpłynność. Bank BPS S.A. zarządza, w bezpieczny sposób, środkami przekraczającymi 6,5 mld zł. Natomiast bankowość komercyjna znajduje się w zgoła odmiennej sytuacji i poszukuje finansowania na rynku międzybankowym.

Prezes Potuski pokreślił także, że konserwatywne podejście do podejmowanego ryzyka oraz bezpieczne działanie banków spółdzielczych daje gwarancje, że kryzys finansowy jaki powstał w Stanach Zjednoczonych nie dotknie, ani banków spółdzielczych, ani ich klientów.

W Polsce nie występują realne przesłanki powstania kryzysu. Napięcie na rynku wiąże się z nadmiarem informacji dotyczących sytuacji na giełdzie papierów wartościowych, rynku bankowym w Stanach Zjednoczonych oraz pojedynczych przypadkach złego zarządzania bankami w Europie.

poniedziałek, 13 października 2008

Kryzys finansowy prowadzi do recesji

Banki centralne i rządy poszczególnych krajów podejmują rozpaczliwe działania mające uchronić globalny system finansowy oraz światową gospodarkę przed katastrofą. Na razie bez efektu. Nic nie jest w stanie zmusić banków do pożyczania pieniędzy, co może być przyczyną upadłości dla firm opierających swoją płynność finansową na zewnętrznych źródłach finansowania.

W ostatnią środę sześć banków centralnych podjęło decyzję o jednoczesnym cięciu stóp procentowych. Akcję koordynowała amerykańska Rezerwa Federalna, a uczestniczyły w niej Europejski Bank Centralny, Bank Anglii oraz banki centralne z Kanady, Szwecji i Szwajcarii. Banki te zredukowały swoje stopy procentowe w dół o 0,25 pkt. proc. lub 0,5 pkt. proc. Dodatkowo Bank Chin obniżył stopy o 0,27 pkt. proc., a Bank Japonii wyraził swoje poparcie dla tych działań, choć sam od kilku lat ma małe możliwości obniżenia stóp procentowych, gdyż są one na rekordowo niskim poziomie od kilku lat. W tym dniu również w Polsce odbyło się spotkanie Rady Polityki Pieniężnej, która dyskutowała o możliwych scenariuszach polityki stóp procentowych na najbliższe tygodnie. Dodatkowo w poniedziałek NBP ma przedstawić "pakiet zaufania", który ma wspomóc rynek międzybankowy w Polsce. Działania te mają uchronić system finansowy i gospodarkę przed katastrofą, ale należy uznać, że dziś mają one małe znaczenie, bo nie ograniczają najważniejszego problemu, którym jest rosnąca awersja do ryzyka na rynku.

W wyniku tego giełdy nadal będą spadać, a stopy procentowe będą rosnąć na rynku międzybankowym, gdzie banki i inne instytucje finansowe mające nadwyżki finansowe handlują gotówką z tymi, którzy jej potrzebują.

W Polsce cena trzymiesięcznej pożyczki międzybankowej (WIBOR 3M) sięgnęła aż 6,82% w piątek 10 września br., a jeszcze na początku roku nie przekraczała poziomu 5,50%. Również wysokie stopy można zaobserwować na rynku międzybankowym w Londynie (LIBOR) oraz obszarze walutowym euro (EURIBOR). Dotychczas zakładano, że stopy procentowe tak jak było to dotychczas na rynkach międzybankowych spadną w następstwie decyzji banków centralnych. Jednakże okazało się, że po krótkim spadku ponownie rosną one na większości rynków międzybankowych. Rosnące stopy procentowe, w szczególności dla dolara, euro, funta oraz złotego, świadczą, że uczestnicy rynku międzybankowego nie wierzą w koniec kryzysu. Wręcz przeciwnie, oznacza to, że zakładają oni, iż ciągle rośnie prawdopodobieństwo upadłości innych uczestników rynku i dalszego rozprzestrzeniania się kryzysu w gospodarce.

Utrzymujące się wysokie stopy procentowe na rynku międzybankowym są efektem załamania się rynku pieniężnego wskutek kryzysu finansowego. Kłopoty banków, a w szczególności upadłość Lehmana spowodowała, że wiele instytucji, w tym ostatnio fundusze rynku pieniężnego, poniosły wysokie straty. Dodatkowo upadłość Lehmana nauczyła rynki, że banki mogą jednak ogłosić upadłość, co spowodowało dodatkowy wzrost awersji do ryzyka i obawę o stabilność pozostałych uczestników rynku pieniężnego. Dotychczas rynek ten działał sprawnie i niezauważalnie. Jego głównym zadaniem jest umożliwienie instytucjom finansowym, w tym bankom, deponowania oraz pożyczania środków finansowych na okres od jednego dnia do roku. Rynek ten, choć niezauważalny dla przeciętnego uczestnika systemu finansowego, należy do ważniejszych jego ogniw i dopiero teraz na rynku tym skupia się coraz większa uwaga ekonomistów, w tym ostatnio także NBP. Wynika to z faktu, że rynek ten w ostatnich tygodniach prawie zastygł, gdyż nikt nie chce dokonywać na nim dziś żadnych transakcji. W związku z tym, że nikt nie chce pożyczać swoich nadwyżek finansowych innym instytucjom finansowym, wzrosły stopy procentowe na rynkach międzybankowych. Natomiast nadwyżki zamiast na rynku międzybankowym lokowane są dziś przez banki głównie na nisko oprocentowanych rachunkach w bankach centralnych. Świadczy o tym rekordowy poziom depozytów w ECB, który wyniósł ponad 44 miliardy euro pod koniec września br. Dlatego dziś głównie banki centralne dostarczają płynność na rynek pieniężny poprzez udzielanie pożyczek prywatnym instytucjom finansowym. Zastąpiły one zatem instytucje finansowe i pełnią obecnie funkcję pośrednika na rynku międzybankowym.

Z punktu widzenia działalności gospodarki, a w szczególności kredytobiorców, rynek międzybankowy ma kluczowe znaczenie. W Polsce, jak i w innych państwach, stopą referencyjną dla większości kredytów są stopy rynkowe na rynku międzybankowym. Najpopularniejszą stopą referencyjną jest trzymiesięczna stawka LIBOR dla dolara, euro czy funta w zależności od umowy i waluty, która wzrosła prawie dwukrotnie w ciągu roku. Wyższe stawki dla banków oznaczają wyższe stawki dla większości kredytobiorców. W związku z tym, że sytuacja taka utrzymuje się od dłuższego czasu, coraz większa ilość przedsiębiorstw będzie odczuwała skutki rosnących kosztów kredytów oraz problemy z pozyskiwaniem nowych środków na inwestycje. Oznaczać to będzie wzrost ilości upadających przedsiębiorstw oraz w długim okresie rosnące bezrobocie. Również osoby prywatne będą niedługo w coraz większym stopniu ponosić koszty rosnących stóp procentowych. Sytuacja ta może prowadzić do dalszego pogorszenia się sytuacji banków, co może prowadzić do dalszych upadłości w sektorze bankowym. Zatem mamy pierwsze sygnały nowej spirali w systemie finansowym, którą próbują dziś bezskutecznie zatrzymać banki centralne, co ilustruje ostatnia obniżka stóp procentowych.

Dotychczas banki centralne miały istotny wpływ na poziom stóp procentowych we własnych krajach. W praktyce stopy procentowe ogłaszane przez bank centralny wyznaczały bowiem poziom stóp do lokowania nadwyżek przez sektor bankowy lub koszt, po jakim banki komercyjne mogą zaciągnąć kredyt. Największe znaczenie dla rynku międzybankowego ma jednak stopa referencyjna, która określa dochodowość operacji otwartego rynku banku centralnego. W praktyce stopa ta była niższa od stóp, które można zaobserwować na rynku międzybankowym. Stopy te – LIBOR, EURIBOR czy też WIBOR w Polsce odzwierciedlają średnie oprocentowanie lokat lub pożyczek udzielanych przez banki innym uczestnikom i są one ustalane na podstawie zapytania największych podmiotów na rynku w danym dniu.

W ostatnim jednak okresie można zaobserwować rosnącą różnice między stopą referencyjną banków centralnych a stopami na rynku międzybankowym, co przedstawia poniższy rysunek. W piątek, a więc dwa dni po obniżce stóp procentowych przez banki centralne, różnica między stopą referencyjną a trzymiesięczną stawką LIBOR (WIBOR) wynosiła od 3,32 pkt. proc. dla dolara amerykańskiego do 0,82 pkt. proc. dla złotówki. Zatem obecnie również w Polsce możemy zaobserwować rosnącą różnicę między stawką referencyjną NBP a trzymiesięczną stawką WIBORu, co skłoniło NBP do przygotowaniu „planu zaufania”, który zostanie zaprezentowany w poniedziałek.

Rosnące różnice między stopami ilustrują rosnące obawy o sektor bankowy. Wbrew pozorom obniżenie stóp procentowych nie ograniczyło tych obaw, co powoduje, że banki utrzymują wysoki poziom gotówki i niechętnie uczestniczą w transakcjach na rynku międzybankowym. W związku z tym koszt pieniądza będzie się ciągle jeszcze utrzymywał na wysokim poziomie. Dodatkowo różnice między bezpiecznymi instrumentami a stopami na rynku międzybankowym się zwiększają, co zdaniem bankowców powoduje, że w praktyce dziś stopy międzybankowe nie odzwierciedlają rzeczywistych kosztów pozyskania środków przez banki. Dlatego banki w nowych umowach kredytowych stosują dziś wyższe marże, a część z dotychczasowych umów może zostać wypowiedziana poprzez wykorzystanie klauzuli nadzwyczajnych okoliczności, które znajdują się często w dotychczasowych umowach.

Przedsiębiorstwa w przeszłości zamiast do banków mogły się zwrócić jeszcze bezpośrednio do rynku pieniężnego i poprzez emisje krótkoterminowych papierów dłużnych pozyskać dodatkowe środki. Jednakże w wyniku kryzysu i w obawie przed upadłością dostęp przedsiębiorstw do rynku pieniężnego został również znacznie ograniczony, co wynika też z obawy o obecną sytuacje finansową tego sektora. Niestety wynika to po części z upadłości Lehmana, który pociągnął serię niekorzystnych wydarzeń na rynku, w tym utraty zaufania do funduszy rynku pieniężnego. Fundusze te uważane były za ostatnią instancję na rynku pieniężnym, która dostarczała na nim płynności. Jednakże straty poniesione przez fundusze spowodowały nie tylko odpływ od nich części środków, ale również zmianę ich strategii inwestycyjnej w kierunku bezpiecznych papierów skarbowych. A zatem kryzys na rynku pieniężnym coraz bardziej się nasila, o czym świadczą rosnące stopy procentowe na rynku międzybankowym.

Ograniczenie dostępu do kapitału oznaczać będzie, że coraz większa ilość przedsiębiorstw będzie się decydowała na akumulacje kapitałów, co zaś ograniczać będzie przyszłe inwestycje. Natomiast te przedsiębiorstwa, które bazują w dużej mierze na kredytach, zanotują spadek rentowności wskutek wzrostu kosztu obsługi zadłużenia. Niestety część z nich może zostać zmuszona do ogłoszenia upadłości, gdy się okażę, że nie będzie w stanie pozyskać nowych środków ani od banków, ani na rynku pieniężnym. Dlatego mimo Planu Paulsona i obniżki stóp procentowych przez banki centralne, ceny na giełdzie spadają, a stopy procentowe rosną. W pierwszym rzędzie jednak utrzymujące się problemy na rynku pieniężnym mogą odczuć konsumenci, którzy wbrew obecnym oczekiwaniom po obniżce stóp procentowych przez banki centralne, będą obserwować rosnące koszty kredytów.

W konsekwencji obecne obniżenie stóp procentowych może się okazać bezskuteczne, co wynika z faktu, że na długi czas utracono zaufanie do samego rynku. W następstwie kryzysu finansowego nie tylko banki, ale też w coraz większym stopniu przedsiębiorstwa będą wykazywać obawy co do przyszłości, co będzie ograniczać ich inwestycje. Niestety oznacza to, że zapowiada się dłuższy kryzys gospodarczy w skali globalnej, który również dotyczyć będzie Polski, o czym świadczą już teraz rosnące stopy procentowe. Niestety w tym przypadku w dużej mierze same banki centralne przez swoje sporadyczne działania wbrew pozorom nie wprowadziły spokoju na rynku, a dodatkowo wzbudziły niepokój, którego skutki będziemy jeszcze odczuwać przez długi okres.

Oskar Kowalewski / Autor jest adiunktem w Instytucie Gospodarki Światowej SGH oraz współzałożycielem SEENDICATE

Wymagania kapitałowe dla banków

KE walczy z kryzysem finansowym

Kryzys finansowy – jeszcze do niedawna utożsamiany tylko i wyłącznie z sytuacją gospodarczą w Stanach Zjednoczonych – dotarł właśnie do Europy. Niemal od razu postawił on w stan pełnej gotowości rządy krajów członkowskich Unii, które – zaskoczone takim obrotem sprawy, w trybie pilnym przygotowują plany ratowania instytucji finansowych, którym zajrzało w oczy widmo upadłości. Świat finansowy zmaga się zatem, ze swoistego rodzaju epidemią, która zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Wszystko wskazuje na to, że po bankowcach i deweloperach, także kolejne branże będą musiały stawić jej czoła.

Pomagają rządy
W wyniku narastających kłopotów finansowych rządy kilku krajów członkowskich UE, w tym m.in.: Niemiec, Włoch, Francji, Belgii, Holandii, Luksemburga, Irlandii oraz Grecji, już zdecydowały się na udzielenie pomocy materialnej swoim bankom oraz instytucjom finansowym. W obawie przed ich bankructwem, władze państw UE decydowały się najczęściej albo na udzielenie gwarancji rządowych i ochronę depozytów bankowych, albo też uruchomienie – w porozumienie z innymi instytucjami finansowymi – miliardowych linii kredytowych. W niektórych przypadkach nie obyło się także bez aktów nacjonalizacji, związanych z przejęciem części aktywów upadającego banku przez państwo. Takie rozwiązanie zastosowano w przypadku Fortis Banku, co uchroniło tę międzynarodową instytucję finansową przed bankructwem.

...pomaga też UE

Obecnie w obawie przed zapaścią systemu finansowego Unii, jej władze – wręcz w gorączkowym tempie – opracowują plany ratunkowe, które następnie poddawane są szczegółowym analizom. Ich przeprowadzenie jest niezbędne, albowiem organy UE muszą być pewne, że zaproponowane przez nich plany działań pomocowych nie naruszają przepisów unijnych określających stopień pomocy finansowej, jaka może być udzielona firmom prywatnym. Takie bowiem rozwiązania mogłyby naruszać podstawowe zasady, określone w polityce konkurencji UE. Równocześnie na szczeblu unijnym trwają rozmowy i negocjacje, z udziałem przedstawicieli Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego oraz rządów krajów członkowskich, które mają określić zakres pomocy finansowej dla zagrożonych bankructwem banków. Dotychczas ustalono, że Europejski Bank Centralny wesprze 15 krajów strefy euro kwotą kredytu w wysokości 120 mld euro na okres 30 dni. Ponadto, w połowie października br. zaplanowano spotkanie szefów państw członkowskich UE, na którym będą dyskutowane kwestie związane z obecnym kryzysem i zawirowaniami na rynkach finansowych. KE chciałaby również, aby podczas tych obrad zostały wypracowane pewne mechanizmy i rozwiązania o charakterze ostrzegawczym, które w przyszłości miałyby pełnić rolę „dzwonka alarmowego”, informującego o zbliżającym się niebezpieczeństwie kryzysu finansowego. Przedstawiciele KE zaapelowali także do władz Stanów Zjednoczonych, z żądaniem wzięcia na siebie odpowiedzialności za rozwiązanie kryzysu i zwołanie światowego szczytu, który zająłby się tą kwestią.

KE zaostrza przepisy

KE przedstawiła także propozycje zmian (czyt. zaostrzeń) we wspólnotowych przepisach dotyczących wymogów kapitałowych banków. Ich głównym celem ma być wzmocnienie stabilności systemu finansowego, ograniczenie ryzyka bankowego oraz usprawnienie nadzoru nad tymi bankami, które swoją działalność usługową prowadzą w kilu krajach członkowskich. Zaproponowane przez KE rozwiązania – które wcześniej były szeroko konsultowane w gronie bankowców oraz przedstawicieli rządów krajów członkowskich Unii – nakładają na banki kilka ograniczeń oraz dodatkowe obowiązki. Po pierwsze, banki nie będą mogły udzielać klientom kredytów, które przekraczają określony limit dostępności. Po drugie, w celu usprawnienia nadzoru na grupami bankowymi, których działalność ma charakter międzynarodowy, zostaną utworzone tzw. „kolegia organów nadzorczych”. Kolegia będą miały za zadanie wzajemnie ze sobą współpracować oraz inicjować działania w zakresie poprawy systemu nadzoru bankowego. Będą również musiały się zatroszczyć o płynność finansową grup bankowych. Dlatego też, to im – KE – przypisuje rolę koordynatora w zakresie zarządzania ryzykiem płynności finansowej. Po trzecie, standaryzacji ulegną kryteria pozwalające na ocenę czy tzw. kapitał hybrydowy (który posiada zarówno cechy kapitału obcego – długu, jak i kapitału własnego) będzie można zaliczać do funduszy własnych banku, które maja wpływ na wysokość udzielanych kredytów i pożyczek. Po czwarte, zaostrzone zostaną przepisy związane z produktami objętymi sekurytyzacją. Szczególnie dotyczy to dłużnych papierów wartościowych, których spłata jest uzależniona od wyników powiązanej z nimi puli kredytów. W praktyce oznacza to, że przedsiębiorstwa, które dokonują „przepakowania” kredytów w zbywalne papiery wartościowe, będą zmuszone do przyjęcia na siebie choć części ryzyka związanego z tymi dokumentami, natomiast przedsiębiorstwa angażujące swoje środki finansowe w tego rodzaju papiery dłużne będą mogły dokonać inwestycji, ale po przeprowadzonej wcześniej analizie. Jeśli się okaże, że nie została ona wykonana, to wówczas będą podlegać rygorystycznym wymogom w odniesieniu do kapitału własnego.

Bartosz Niedzielski / Źródło:”Commission proposes revision of bank capital requirements rules to reinforce financial stability”, European Comission, Brussels, 1st October, 2008

Banki centralne obniżyły stopy procentowe

Skoordynowane cięcie według nas to dopiero początek. Główne banki centralne obniżyły wczoraj stopy procentowe o 25pb

Wczorajsza skoordynowana akcja cięcia stóp objęła USA, strefę euro, Szwecję, Wielką Brytanię, Kanadę (o 50pb) oraz Szwajcarię (25pb) i Chiny (27pb).
Pod wspólnym komunikatem podpisała się również Japonia: znika presja inflacyjna a zawirowania finansowe zwiększają ryzyka dla wzrostu gospodarczego. Reakcja rynku była mizerna, jak na tak szeroko zakrojoną akcję. Choć ruszający w ten piątek szczyt G7 mógłby być okazją do przygotowania kolejnych wspólnych działań to uważamy, że nie należy na to liczyć, mając na uwadze wyniki sobotniego spotkania przedstawicieli czterech największych państw UE. Naszym zdaniem dalsza walka z kryzysem oparta będzie na głębokich cięciach stóp procentowych (rzędu 100pb w USA i 150pb w strefie euro).

Komentarze RPP na obniżkę na świecie

Jan Czekaj: „W jakimś sensie te decyzje ograniczają przestrzeń do podwyżek stóp procentowych w Polsce. Nasza sytuacja jest lepsza niż krajów Europy Zachodniej. Musimy wrócić do celu inflacyjnego, ale będziemy też obserwować czy nie pojawiają się wyraźne sygnały spowolnienia.”

Marian Noga: „Pozostawienie stóp bez zmian w październiku byłoby odpowiedzią na wszystkie wątpliwości, a że jest jeszcze potrzebna (podwyżka stóp), to wynika z oczekiwań rynku.”

Halina Wasilewska Trenkner: „Nie jest dziś czas na myślenie o obniżkach stóp w Polsce. Bądźmy spokojni. Walczymy tu z innymi problemami - wysoką inflacją. Mamy też słabszego złotego, który działa inflacyjne i pomaga wesprzeć wzrost poprzez ułatwienie życia eksporterom”.

Wczoraj doszło też wieczorem do nadzwyczajnego posiedzenia RPP w celu omówienia znaczenia i skutków decyzji banków centralnych dla polskiej polityki pieniężnej Oto komunikat Rady: "W dniu 8 października 2008 r. odbyło się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Przedmiotem dyskusji na posiedzeniu były skoordynowane działania głównych banków centralnych oraz ich ocena dotycząca perspektyw wzrostu gospodarczego i inflacji na świecie. Skutki tych działań zostaną uwzględnione przez Radę w analizie perspektyw inflacji i wzrostu gospodarczego w Polsce na posiedzeniu decyzyjnym Rady w dniach 28-29 października 2008 r."
Dalsze głosy ze strony członków pokazywały podobną reakcję – mniej miejsca dla podwyżek, ale też brak potrzeby kopiowania ruchów innych banków centralnych.

Dariusz Filar: „Jeżeli nawet rada zdecyduje się nie podnosić stóp, to jednak obniżki są też mało prawdopodobne chociażby ze względu na plany przyjęcia euro przez Polskę już w 2012 r.”

Andrzej Sławiński: „[Gdyby na wczorajszym posiedzeniu padł wniosek o obniżkę stóp procentowych] wówczas byłoby to zawarte w komunikacie. Sytuacja w Polsce jest różna niż w krajach, w których obniżono stopy procentowe; Osłabienie złotego powoduje, że polityka monetarna stała się w Polsce mniej restrykcyjna. Prawdopodobieństwo podwyżek stóp procentowych zmniejszyło się.”
Naszym zdaniem zmierzanie w stronę przyjęcia do strefy euro będzie wymagało utrzymania stóp procentowych na obecnym poziomie do końca 2008 i przez cały 2009 rok.

Co to znaczy: Walka z kryzysem na szczeblu globalnym zostanie według nas przeniesiona na pole stóp procentowych. Spodziewamy się dalszych głębokich cięć w strefie euro i USA. RPP widzi obecnie mniej miejsca na podwyżki stóp, jednak nie jest skłonna luzować politykę pieniężną w najbliższym czasie.

Strategia rynkowa


Nadzwyczajna sytuacja na globalnych rynkach finansowych skutkowała nadzwyczajnie wysoką zmiennością złotego. €/PLN wahał się wczoraj pomiędzy 3,45-3,50/€, parokrotnie osiągając te poziomy, ale ostatecznie dzisiaj otwiera się na poziomie 3,45/€. Skoordynowana obniżka stóp nieco ustabilizowała sytuację, giełda w USA zakończyła dzień na niewielkim minusie, giełdy w Azji na plusie i podobnie powinno być z dzisiejszym otwarciem w Europie. Zachowanie rynków pieniężnych nie pokazuje, aby obniżka przyniosła wiele poprawy dlatego ostrożnie podchodzimy oceniając trwałość obecnej poprawy, niemniej jednak zachowanie giełd i bardziej wrażliwych walut wysoko oprocentowanych (Latam) pokazuje, że złoty w najbliższym czasie powinien zagościć poniżej 3,50, przynajmniej do czasu szczytu G7 w piątek, na którym mogą paść kolejne deklaracja skoordynowanych działań mających stabilizować sytuację (chociaż jesteśmy bardzo ostrożni z przewidywaniem bardziej znaczących ustaleń).

Rynek obligacji zyskał wsparcie dzięki dobrym wynikom przetargu 10-latek, gdzie popyt był stosunkowo wysoki jak na obecną sytuację, a rentowności bliskie dolnego przedziału oczekiwań. Naszym zdaniem wciąż atrakcyjny fragment krzywej to 2-5 lat.

Co to znaczy: Poprawa nastawienia do ryzyka i wzrost €/US$ pomagają złotemu, wciąż duża niepewność, czekamy na wyniki posiedzenia G7 i dalsze działania stabilizujące sytuację na rynkach finansowych.

niedziela, 12 października 2008

Najlepsze banki dla firm

FORBES: Najlepsze banki dla biznesu

Optymalny rachunek dla firm powinien być tani, zapewniać wysokie oprocentowanie i szybki dostęp do niedrogiego kredytu. "Forbes" wybrał banki, których oferta jest najbliższa ideału.

Z wyborem banku jest trochę jak z zakupem samochodu. Większość z nas chciałaby komfortu i prestiżu, ale w połączeniu z pojemnym bagażnikiem, małym spalaniem, bezawaryjnością i przystępną ceną.
Takim autem kompromisu w ostatnich latach okazała się Skoda, czeski volkswagen na miarę naszych możliwości. Wśród banków podobną rolę spełniają - naszym zdaniem - Millennium i Fortis Bank Polska.

Po raz trzeci "Forbes" wybrał najlepsze banki dla firm.
Ponownie wzięliśmy pod lupę oferty dla małych i średnich przedsiębiorstw, bo jedynie te można z grubsza porównać, choć banki robią wszystko, by było to jak najtrudniejsze. W generalnej klasyfikacji decydowała suma gwiazdek zdobytych przez banki w poszczególnych kategoriach: koszt prowadzenia rachunku (maksymalnie trzy gwiazdki), oprocentowanie środków i oferta kredytowa (maksymalnie po dwie gwiazdki w każdej). W efekcie rekomendujemy tylko dwa banki pięciogwiazdkowe - Bank Millennium i Fortis Bank Polska. Solidną czwórkę otrzymują dwa kolejne: Nordea Bank Polska i Bank Pocztowy. Instytucje z czołowych lokat zestawienia najtaniej prowadzą firmowe rachunki, nie zdzierają za przelewy i wypłaty gotówki, zazwyczaj mają atrakcyjne lokaty i niezbyt drogie kredyty.

Siłą Millennium i Fortisa są jest najtańsze na rynku konta firmowe.
Wystarczy powiedzieć, że za ten sam zestaw operacji składających się na nasz koszyk testowy w bankach takich jak Pekao czy PKO BP w ciągu roku zapłacimy prawie 1300 zł drożej niż u zwycięzców rankingu. W Millennium uznanie wzbudza też transparentny i niezbyt drogi kredyt w rachunku. Niestety, na świecie nie ma ideałów. Ceną za liczne udogodnienia jest mało atrakcyjne oprocentowanie rachunku i lokat firmowych w tym banku. Nikt jednak nie zmusza przedsiębiorców do trzymania w banku nadwyżek finansowych. Można skorzystać z oferty bezpiecznych funduszy inwestycyjnych, których pod dostatkiem jest w ofercie Millennium, lub poszukać atrakcyjniejszych lokat u konkurencji.

Liderzy zestawienia to banki atrakcyjne nie tylko dla mikrobiznesu liczącego każdą złotówkę, ale również dla firm średniej wielkości, które coraz częściej potrzebują czegoś więcej niż zestaw podstawowy i sięgają po zaawansowane produkty, takie jak leasing, faktoring czy hedging. Konto w Millennium nie jest niestety optymalnym wyborem dla osób korzystających z tzw. samozatrudnienia, których saldo na rachunku może być niższe niż 10 tys. złotych. Dla nich koszt rachunku w tym banku staje się zauważalnie większy. Dla tej grupy korzystniejsze oferty prezentujemy w artykule poświęconym kosztom prowadzenia rachunków.

Warto przyjrzeć się ofercie banków czterogwiazdkowych. Ich wspólną cechą jest umiarkowany koszt obsługi rachunku, wyższy niż u liderów, ale nadal o połowę niższy niż w większości pozostałych instytucji. Czterogwiazdkowcy gwarantują przyzwoitą kompilację atrakcyjnej oferty depozytowej z w miarę transparentną i niedrogą propozycją kredytową.

Na miano banków przyjaznych biznesowi zasługuje też kilka instytucji nagrodzonych trzema bądź dwoma gwiazdkami. Cechą wspólną większości pozostałych jest drożyzna i nieprzejrzystość oferty. Brak rekomendacji to także nasza ocena podejścia do klienta. A sprawdziliśmy je, rozsyłając ankietę będącą w istocie zapytaniem ofertowym. Charakteryzując profil klienta (saldo na rachunku, liczba operacji), prosiliśmy o dobranie najkorzystniejszej oferty. Większość banków włożyła wiele pracy w to, by maksymalnie zaciemnić strukturę kosztów i utrudnić porównanie cen. Dotyczy to zwłaszcza cen kredytów i opłat związanych z rachunkiem.

Można odnieść wrażenie, iż celem banków jest maksymalne "oskubanie" przedsiębiorcy, i to w taki sposób, by długo nie zorientował się, ile i za co płaci.
Nie przypadkiem odnalezienie tabeli kosztów i prowizji na stronach internetowych większości instytucji to droga przez mękę, którą przechodzimy tylko po to, by otrzymać nieczytelne zestawienie kilku lub kilkunastu pakietów cenowych, pełnych gwiazdek i odnośników, często zasadniczo zmieniających podstawową ofertę. By skrócić katusze przedsiębiorcy, banki umieszczają w najbardziej eksponowanych miejscach swoich witryn duży banner zachęcający do kontaktu z konsultantem. Mało elegancka, ale najwidoczniej skuteczna socjotechnika, obliczona na to, że zmęczony biznesmen da za wygraną i przyjmie sugestie doradcy bankowego lub wybierze oddział położony najbliżej jego siedziby, by mieć obowiązkowe konto przed zakończeniem procesu rejestracji firmy.

- Produkty wysokomarżowe zawsze cechuje nietransparentność kosztów - przyznają po cichu bankowcy. Nie zgadzają się jednak z opinią, że oferta polskich banków jest droga. Ich zdaniem struktura opłat na rynkach różnych państw europejskich jest tak odmienna, że nieuprawnione jest ferowanie wyroków na podstawie porównań Polski na przykład z Wielką Brytanią. Tam ukształtował się model oparty na zerowych opłatach i wielkich karach za każde, nawet najdrobniejsze uchybienie. - Bo brytyjskie banki zarabiają na karach i w tym właśnie celu zastawiają na klienta liczne pułapki - mówi członek władz jednego z banków, zastrzegając, byśmy nie podawali jego nazwiska.

A czy oferta polskich banków może być tańsza? Zdaniem większości naszych rozmówców to mało prawdopodobne. Dlaczego? Bo nasz rynek pod względem wolumenu jest bardzo mały, a banki w Polsce w przeliczeniu na oddział czy na klienta zarabiają o wiele mniej niż na Zachodzie. Nie ma zarazem drugiego rynku bankowego w Europie, który byłby tak rozdrobniony, na którym walczyłoby tyle międzynarodowych instytucji finansowych co w Polsce. A skoro nie można zwiększyć wolumenu obrotów, by wyjść na swoje, banki muszą podnieść marże lub ostro ciąć koszty.

Większość wybiera to pierwsze rozwiązanie. W tej sytuacji nie dziwi, gdy jak mantrę powtarzają, że nawet dla osób prowadzących działalność gospodarczą szyją pakiety usług na miarę, z osobnymi taryfami dla lekarzy i prawników. Każą nam wierzyć, że istnieje jakiś racjonalny związek między wykonywanym zawodem a kosztem prowadzenia rachunku. Epatują fikcyjnym bogactwem oferty. - Percepcyjnym - ripostują bankowcy. Ich zdaniem to zróżnicowanie, nawet jeśli nie zapewnia klientowi korzyści finansowych, to zaspokaja ważne potrzeby emocjonalne, daje poczucie wyjątkowości. Cóż, w świecie finansów na wszystko znajdzie się eleganckie określenie.

Rozumiemy oczywiście, że bank to nie instytucja charytatywna. Chce zarabiać i maksymalizować zyski, tak jak każde inne przedsiębiorstwo. Istnieją jednak różne drogi osiągnięcia tego celu. Można postawić na maksymalizację zysków poprzez redukcję kosztów i efekt skali lub śrubować marże, sztucznie komplikując produkty, by ukryć ich rzeczywisty koszt. Większość banków wybiera niestety tę drugą drogę. Liczą zapewne na to, że klient biznesowy raz złowiony już im się nie wymknie, ponieważ zmiana banku to rzecz kłopotliwa i czasochłonna.

Andrzej Witul, Forbes

piątek, 10 października 2008

Loteria zamiast inwestowania

Diagnoza sytuacji na rynkach finansowych

Dziś nikt chyba nie ma wątpliwości, że na rynkach akcji jest fatalnie i nie widać przesłanek, by miało być lepiej. Podstawowym pytaniem w tej sytuacji staje się to, czy upatrywać w tej beznadziei nadziei na lepszą przyszłość, zgodnie z tym, że pod koniec trendu spadkowego nikt nie wierzy w jego odwrócenie, czy też traktować to bezpośrednio upatrując w fatalnych nastrojach powodów do dalszego ruchu w dół. Odpowiedź sprowadza się do rozstrzygnięcia, czy mamy obecnie do czynienia z nowymi sygnałami każącymi spoglądać zupełnie inaczej na rynek, czy „jedynie” z kulminacją wydarzeń, o których mówimy i piszemy od kilkunastu miesięcy, a związanych z kryzysem na rynku nieruchomości w Ameryce. Nam bliższa jest ta druga koncepcja. To nie znaczy jednak, że stajemy jednoznacznie po stronie pesymistów. W takich okolicznościach jak obecnie, trudno namawiać do kupowania akcji. Byłoby to nieodpowiedzialne przy tak wysokiej zmienności. To dobry czas głównie do spekulowania. Czynnik emocjonalny zbyt wiele teraz znaczy. Niemniej jednak wydaje się nam, że skala negatywnych emocji jest na tyle duża, że rynki dyskontują obecnie skrajnie złe scenariusze. Symbolicznym potwierdzeniem był wczorajszy spadek S&P 500 poniżej psychologicznej bariery 1000 pkt. Tak, jak się obawialiśmy, wydarzenia przyjęły charakter krachowy. Wskazuje na to również przebieg dzisiejszej sesji w Azji, gdzie mamy kilkuprocentowe zniżki.

Dwie kwestie, które tonują bardziej optymistyczne spojrzenie na giełdy to fakt, że mamy do czynienia z kryzysem w sektorze finansowym, który jest dużym zagrożeniem dla gospodarki oraz, że wciąż jeszcze w gospodarkach, szczególnie w amerykańskiej, nie mamy znacznego nasilenia negatywnych zjawisk. Chodzi o wyraźniejsze załamanie się konsumpcji, ochłodzenie koniunktury w sektorze usług oraz spadek zysków korporacji we wszystkich branżach. To wszystko prawdopodobnie wciąż jeszcze przed nami. Próbując bardziej namacalnie wskazać moment, w jakim obecnie jest rynek, przychodzi nam na myśl analogia z sytuacją w Ameryce z okresu między bankructwem Enrona (końcówka 2001 r.) a upadkiem WorldComu (lipiec 2002 r.). W tym czasie rozegrała się najbardziej dotkliwa część bessy. Patrząc przez ten pryzmat łatwiej zrozumieć obecne wydarzenia.

Symptomatyczne są reakcje inwestorów, które nie wskazują na to, by przecena miała się kończyć. Inwestorzy są strasznie wyczuleni na negatywne sygnały. Kolejnym potwierdzeniem tego była reakcja na wczorajsze słowa Bena Bernanke. Jego gotowość do cięcia stóp procentowych została odebrana jako potwierdzenie fatalnej sytuacji w gospodarce i na rynkach finansowych, a nie światełko nadziei na przyszłość.

Kiepsko wypadł początek sezonu publikacji wyników za III kwartał w USA. Zyski Alcoa okazały się znacznie niższe niż rok wcześniej i znacznie niższe od prognoz. To wskazuje, że obawy inwestorów przed dalszym pogorszeniem zysków, będące potwierdzeniem pogarszającego się stanu gospodarki USA, są jak najbardziej uzasadnione.

WIG spada dziś przed południem do 32,3 tys. pkt. To oznacza, że obecna zniżka ma już większe rozmiary niż internetowa bessa, która zatrzymała się po przecenie o połowę o jej szczytu. Może to zachęcać przynajmniej do krótkoterminowych zakupów, choć trzeba mieć świadomość, że giełdowe decyzje są dziś braniem udziału w loterii.

Dramat rynku finansowego

Całkowity brak wiary inwestorów w udane ratowanie sektora finansowego oraz ogromne ich obawy o i już tak fatalny stan globalnej gospodarki cały czas zbierają swoje krwawe żniwo na globalnych rynkach akcyjnych i towarowych.

Co prawda rządy i banki centralne na całym świecie co chwila podejmują nowe działania mające na celu przede wszystkim poprawę płynności, ale wyraźnie widać, że kryzys zaufania zatacza coraz to większe kręgi. Gwarancje depozytów, wstrzykiwanie kolejnych środków finansowych w sektor bankowy, nadzieje na skoordynowane obniżki stóp procentowych nie są w stanie w żaden sposób poprawić atmosfery, a co gorsza jak na razie niewiele wskazuje na to, aby te fatalne nastroje miały ulec gwałtownej poprawie. Oliwy do ognia dolewają kolejne projekcje Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który podniósł z 1,3 biliona dolarów do 1,4 biliona dolarów swoją estymację kosztów kryzysu finansowego oraz obniżył prognozę wzrostu PKB światowej gospodarki w przyszłym roku do 3,0 proc. z 3,7 proc.

O ile jeszcze wczorajsza sesja w Azji i Europie nie była najgorsza, a banchmarki dla tych regionów straciły na wartości „tylko" odpowiednio: 1,71 proc. (MSCI Asia Pacific) i 0,32 proc. (DJ Stoxx 600), to już wtorkowy handel w Stanach Zjednoczonych przyniósł kolejną ogromną falę przeceny. Główne wskaźniki giełd w USA, czyli DJIA, Nasdaq Comp. i S&P500 poszły w dół od 5,11 do 5,80 proc., a ostatni z nich po raz pierwszy od 2003 r. znalazł się poniżej bariery 1000 pkt. Po tak słabym zamknięciu wtorku, w środę do masowej wyprzedaży ruszyli na początku inwestorzy w regionie Azji i Pacyfiku, gdzie ogólnie doszło do ok. 7,2 proc. przeceny, japoński Nikkei 225 stracił aż 9,38 proc., najsilniej od października 1987 r., a handel w Indonezji został zawieszony po raz pierwszy od września 2002 r. Później dołączyli do nich ci, którzy operują na parkietach w Europie. O godz. 12:30 indeks DJ Stoxx 600 spadał o 4,32 proc. (wcześniej nawet o 7,77 proc.), a rano handel w Rosji znów został zawieszony. W tym samym czasie kontrakty terminowe na wskaźniki w USA znajdowały się na 1,8-2,0 proc. minusach. W przypadku rynku towarowego w środę mocno taniała ropa i miedź, ale za to na wartości znowu zyskiwało złoto, postrzegane przez inwestorów jako najlepsze schronienie na trudne czasy. O godz. 12:30 listopadowe kontrakty na lekka słodką ropę na Nymexie spadały o 3,14 proc. (87,23 USD/bar.) - wcześniej było to nawet -4,45 proc. (86,05 USD/bar.), analogiczne kontrakty na miedź na Comexie szły w dół o 6,40 proc. (maksymalna ich zniżka wynosiła dziś -6,46 proc.), a cena złota względem dolara na rynku międzybankowym zwyżkowała o 4 proc., do 915,09 USD/oz.

Fatalna atmosfera na światowych rynkach akcyjnych i towarowych odciska się nadal ogromnym piętnem na warszawskim parkiecie.
O ile we wtorek najszerszy wskaźnik GPW zniżkował „jedynie" o 1,91 proc., a ten reprezentujący walory blue-chipów spadł o 1,42 proc., tak już dziś indeks WIG20 rozpoczął od 4,12 proc. przeceny, a później ustanowił najniższy poziom od połowy lipca 2005 r., czyli 2072,77 pkt (-5,22 proc.). Całe szczęście, że na tak niskich poziomach znaleźli się chętni do zakupów i o godz. 12:30 WIG20 zniżkował „już tylko" 2,15 proc. (2139,86 proc.). W tym samym czasie indeks WIG znajdował się jednak na większym, 3,16 proc. minusie.

Komentarz sporządził / Marek Nienałtowski