Czy nowa rekomendacja KNF osłabi wzrost gospodarczy w Polsce?
Chociaż Polacy nie mają większych problemów ze spłacaniem kredytów, KNF woli dmuchać na zimne i chce zaostrzyć zasady przyznawania kredytów bankowych. Dla polskiej gospodarki, przed którą stoi perspektywa wolniejszego rozwoju, może się to okazać gwoździem do trumny. Może się okazać, że działania KNF doprowadzą nawet do recesji.
Na początku października br. Komisja Nadzoru Finansowego zwróciła się do wszystkich banków krajowych o zweryfikowanie zasad udzielania kredytów, a w szczególności procedury oceny zdolności kredytowej osób fizycznych. Dane te są niezbędne, gdyż zgodnie z informacją przekazaną przez Andrzeja Stopczyńskiego, dyrektora pionu bankowego KNF, w tym roku urząd planuje wydać nową rekomendację odnośnie udzielania przez banki kredytów osobom fizycznym. Nowa rekomendacja KNF będzie miała charakter uniwersalny i będzie dotyczyć wszystkich kredytów dla gospodarstw domowych. Zaostrzy ona dotychczasowe kryteria udzielania kredytów przez banki, co ograniczy ich dostępność na rynku. Niestety działania KNF mogą spowodować załamanie się wzrostu gospodarczego i wywołać recesję w Polsce w przyszłym roku.
Z dotychczasowych wypowiedzi dyrektora Stopczyńskiego wynika, że zaostrzenie zasad udzielania przez banki kredytów gospodarstwom domowym będzie przede wszystkim związane ze wzrostem wymaganego przez nich wkładu własnego. Nadzór może się również zdecydować na skrócenie maksymalnych okresów kredytowania przez banki oraz zakazać udzielania kredytów w walutach obcych. W związku z tym, że rekomendacja ma mieć charakter uniwersalny będzie ona nie tylko dotyczyć kredytów hipotecznych, ale też gotówkowych. Jednakże dotychczas KNF nie sprecyzowała dokładnie warunków jakie będzie musiał spełniać kredyt i sam klient, aby w przyszłości go uzyskać. Jedynie przewodniczący KNF Stanisław Kluza niedawno publicznie poinformował, że jego zdaniem wkład własny w przypadku kredytów hipotecznych powinien wynosić od 25% do 30% wartości nieruchomości. W przypadku szerszego interpretowania wymienionych przez niego warunków oznaczałoby to istotne zaostrzenie wymogów dla wszystkich rodzajów kredytów konsumenckich, co ograniczyłoby istotnie ich dostępność, a tym samym będzie oddziaływać na gospodarkę w długim okresie.
Tymczasem banki same już rewidują swoją politykę kredytową z powodu niższych prognoz wzrostu gospodarczego dla Polski. Większość z krajowych banków ostatnio zaczęło wprowadzać ograniczenia relacji kwoty kredytu do wartości nieruchomości, także dziś prawie niemożliwe jest uzyskanie kredytów we frankach szwajcarskich. Oznacza to, że w polskim sektorze bankowym rynek dokonuje obecnie samoregulacji i dopasowuje się do nowych warunków otoczenia. A zatem planowanie zaostrzenie wymagań przez KNF wynika z braku wiary w zasady wolnorynkowe, jak i w dyscyplinę rynkową.
Wprowadzenie nowych regulacji może spowodować istotny spadek wartości udzielonych kredytów konsumenckich w przyszłym roku. Z obliczeń analityków SEENDICATE wynika, że wartość nowo udzielanych kredytów hipotecznych może spać o 40% do 50% w 2009 r. Zmiana ta będzie miała nie tylko negatywny wpływ na wyniki banków za 2009 r., ale także na całą gospodarkę i może również spowodować recesję w Polsce. Pogląd ten wynika z doświadczeń gospodarki Stanów Zjednoczonych, gdy administracja Cartera doprowadził do recesji w następstwie wprowadzenia ograniczeń w zakresie udzielania kredytów przez banki w 1980 r. Warto podkreślić, że dziś skala oddziaływania ograniczeń w tym zakresie jest dużo większa niż była w przeszłości na gospodarkę, co wynika z większego obecnie wykorzystania kredytów przez gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa.
W Stanach Zjednoczonych ograniczenie w zakresie udzielanych kredytów zostało wprowadzone w celu zwalczania wysokiego poziomu inflacji, która występowała w latach 1979-1980. W okresie tym inflacja przekraczała poziom 10%, co było uznawane za jeden z największych problemów gospodarczych przez ówczesnego prezydent Jimmy’ego Cartera. Dlatego administracja Cartera zdecydował się wprowadzić istotne ograniczenia w zakresie udzielania kredytów przez banki. Na podstawie nowych regulacji banki, które przekroczyły określone limity w zakresie udzielanych grup kredytów np. konsumenckich były zobowiązane utworzyć specjalną rezerwę. Rezerwa ta stanowiła dodatkowy koszt dla banków, co miało zniechęcić je w przyszłości do udzielania kredytów ponad wyznaczony przez rząd limity. Następstwem wprowadzenia ograniczeń był drastyczny spadek udzielanych kredytów w Stanach Zjednoczonych w 1980 r. Spadek ten spowodował również największych spadek aktywności gospodarczej w Stanach Zjednoczonych z kwartału na kwartał w ciągu ostatnich 50 lat, który wynosił w ujęciu rocznym 8%. Ponadto regulacja ta spowodowała, że amerykańska gospodarką weszła w fazę recesji w 1981 r., która trwała do końca 1982 r.
Dlatego planowane zaostrzenie kryteriów przyznawania kredytów przez KNF może doprowadzić do załamania się wzrostu gospodarczego w Polsce. Zatem może się okazać, że KNF zamiast wprowadzać działania prewencyjne w sektorze bankowym doprowadzi do nasilenia się w nim problemów, co byłoby spowodowane osłabieniem się polskiej gospodarki. Warto podkreślić, iż trudno też zrozumieć przyczyny planowanego zaostrzania przez KNF kryteriów udzielania kredytów dla gospodarstw domowych w Polsce. Na koniec września br. udział kredytów zagrożonych w bankach zmniejszył się do rekordowo niskiego poziomu 4,5%. Natomiast rok wcześniej wskaźnik ten wynosił 5,8%, a zatem dziś nie ma powodów do niepokoju i brak też jest obecnie jakichkolwiek oznak, aby coś się niepokojącego się działo w polskim sektorze bankowym. Dodatkowo udział zagrożonych kredytów dla gospodarstw domowych w sierpniu br. wynosił 3,8%. Wskaźnik ten był niższy od poziomu obserwowanego dla przedsiębiorstw, który wynosił 5,9% w tym samy okresie. Tym samym trudno obecnie zrozumieć cel planowanych ograniczeń KNF w dostępie do kredytów dla gospodarstw domowych, gdy ich poziom zagrożenia należy do najniższych w sektorze bankowym. Również obecny kryzys na rynku amerykańskim nie uzasadnia działań KNF, gdyż zasady przyznawania kredytów oraz ich zabezpieczania istotnie się różnią na rynku polskim i amerykańskim.
Zatem trudno dziś znaleźć merytoryczne uzasadnienie dla obecnych działań KNF. Niestety może się okazać, że mimo braku takich przesłanek urząd zdecyduje się ograniczyć dostęp do kredytów dla gospodarstw domowych, co może mieć negatywny wpływ na wzrost gospodarczy, a nawet doprowadzić do recesji w Polsce w przyszłym roku.
Oskar Kowalewski
Autor jest adiunktem w Instytucie Gospodarki Światowej SGH oraz współzałożycielem SEENDICATE
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poradnik bankowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poradnik bankowy. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 2 grudnia 2008
Raty kredytów we frankach
Niższa rata kredytów we frankach - spadający LIBOR łagodzi skutki osłabienia złotego
Spadający LIBOR rekompensuje kredytobiorcom zadłużonym we frankach podwyżki rat wynikające z osłabienia złotego. W stosunku do 10 października, na który przypada szczyt 3-miesięcznej stopy LIBOR dla franka, wysokość raty spadła. Od szczytu LIBOR obniżył się już o 1,1 pkt, proc.
Rata kredytu we frankach zaciągniętego w połowie września na kwotę 400 tys. zł na 30 lat z marżą na poziomie 1,5% wynosi dziś 2257 zł. W momencie zaciągania kredytu wynosiła 2073 zł, a 10 października, czyli w dniu, w którym 3-miesieczny LIBOR osiągnął szczyt na poziomie 3,13%, wynosiła 2406 zł. Wzrost w stosunku do pierwszej raty wynosi więc 184 zł. Gdyby w okresie od połowy września do dziś stopa LIBOR nie uległa zmianie, rata wzrosłaby o 391 zł. Taki byłby efekt osłabienia złotego. W połowie września frank kosztował 2,1147 zł, a we wtorek 18 listopada kosztował 2,5227 zł, zatem złoty stracił na wartości ponad 19%. Z analizy wynika więc, że obniżka stopy LIBOR w połowie zrekompensowała kredytobiorcom skutki osłabienia naszej waluty.
Jest spadek, a byłby wzrost - Prześledźmy też efekt zmiany oprocentowania na przykładzie tego samego kredytu, ale w okresie od 10 października do 18 listopada. Rata kredytu spadła w badanym okresie o 149 zł. Złoty stracił w tym okresie względem franka prawie 8%. Gdyby jednak oprocentowanie nie uległo zmianie, rata nie spadłaby, ale wzrosła o 180 zł. Można więc przyjąć, że obniżka stopy LIBOR z nawiązką zrekompensowała osłabienie złotego.
Podobnie wygląda sytuacja kredytobiorców, którzy zaciągnęli kredyty po nowych, czyli wyższych marżach. Przyjmijmy, że kredyt na 400 tys. zł na 30 lat został zaciągnięty 10 października z marżą na poziomie 3%. Rata takiego kredytu na 18 listopada wyniosła 2427 zł, a 10 października wynosiła 2557 zł, zatem zmniejszyła się o 130 zł. Gdyby w tym okresie stopa LIBOR nie uległa zmianie rata wzrosłaby o 191 zł.
Mniejsze zmiany dla kredytów w złotych - 3-miesięczna stopa WIBOR, od której zależy oprocentowanie kredytów w złotych, też spadła w ostatnich tygodniach, jednak spadek ten spadek był znacznie łagodniejszy niż w przypadku stopy LIBOR. W szczytowym momencie, 24 października, WIBOR wynosił 6,87%, a 18 listopada wynosił 6,71%, zatem spadł o 0,16 pkt. proc. Rata kredytu na 400 zł zaciągniętego na 30 lat w październiku (marża 1,5%), wynosiła w szczytowy momencie WIBOR-u 3039 zł, a obecnie 2994 zł, zatem zmniejszyła o 45 zł.
Obliczenia mają charakter teoretyczny, zakładają bowiem, że banki wyliczając oprocentowanie kredytów biorą pod uwagę codzienne zmiany stawek LIBOR i WIBOR, w praktyce aktualizacja następuje zwykle raz na kwartał. Z wyliczeń wynika ponadto, że obniżka stawki LIBOR częściowo zrekompensowała wzrost marż kredytowych. Rzeczywiście takie zjawisko ma obecnie miejsce, jednak trzeba pamiętać, że stopa rynkowa może się zmieniać w okresie kredytowania w obu kierunkach, a marża jest stała przez cały okres kredytowania.
Katarzyna Siwek, Jarosław Sadowski / Expander
Spadający LIBOR rekompensuje kredytobiorcom zadłużonym we frankach podwyżki rat wynikające z osłabienia złotego. W stosunku do 10 października, na który przypada szczyt 3-miesięcznej stopy LIBOR dla franka, wysokość raty spadła. Od szczytu LIBOR obniżył się już o 1,1 pkt, proc.
Rata kredytu we frankach zaciągniętego w połowie września na kwotę 400 tys. zł na 30 lat z marżą na poziomie 1,5% wynosi dziś 2257 zł. W momencie zaciągania kredytu wynosiła 2073 zł, a 10 października, czyli w dniu, w którym 3-miesieczny LIBOR osiągnął szczyt na poziomie 3,13%, wynosiła 2406 zł. Wzrost w stosunku do pierwszej raty wynosi więc 184 zł. Gdyby w okresie od połowy września do dziś stopa LIBOR nie uległa zmianie, rata wzrosłaby o 391 zł. Taki byłby efekt osłabienia złotego. W połowie września frank kosztował 2,1147 zł, a we wtorek 18 listopada kosztował 2,5227 zł, zatem złoty stracił na wartości ponad 19%. Z analizy wynika więc, że obniżka stopy LIBOR w połowie zrekompensowała kredytobiorcom skutki osłabienia naszej waluty.
Jest spadek, a byłby wzrost - Prześledźmy też efekt zmiany oprocentowania na przykładzie tego samego kredytu, ale w okresie od 10 października do 18 listopada. Rata kredytu spadła w badanym okresie o 149 zł. Złoty stracił w tym okresie względem franka prawie 8%. Gdyby jednak oprocentowanie nie uległo zmianie, rata nie spadłaby, ale wzrosła o 180 zł. Można więc przyjąć, że obniżka stopy LIBOR z nawiązką zrekompensowała osłabienie złotego.
Podobnie wygląda sytuacja kredytobiorców, którzy zaciągnęli kredyty po nowych, czyli wyższych marżach. Przyjmijmy, że kredyt na 400 tys. zł na 30 lat został zaciągnięty 10 października z marżą na poziomie 3%. Rata takiego kredytu na 18 listopada wyniosła 2427 zł, a 10 października wynosiła 2557 zł, zatem zmniejszyła się o 130 zł. Gdyby w tym okresie stopa LIBOR nie uległa zmianie rata wzrosłaby o 191 zł.
Mniejsze zmiany dla kredytów w złotych - 3-miesięczna stopa WIBOR, od której zależy oprocentowanie kredytów w złotych, też spadła w ostatnich tygodniach, jednak spadek ten spadek był znacznie łagodniejszy niż w przypadku stopy LIBOR. W szczytowym momencie, 24 października, WIBOR wynosił 6,87%, a 18 listopada wynosił 6,71%, zatem spadł o 0,16 pkt. proc. Rata kredytu na 400 zł zaciągniętego na 30 lat w październiku (marża 1,5%), wynosiła w szczytowy momencie WIBOR-u 3039 zł, a obecnie 2994 zł, zatem zmniejszyła o 45 zł.
Obliczenia mają charakter teoretyczny, zakładają bowiem, że banki wyliczając oprocentowanie kredytów biorą pod uwagę codzienne zmiany stawek LIBOR i WIBOR, w praktyce aktualizacja następuje zwykle raz na kwartał. Z wyliczeń wynika ponadto, że obniżka stawki LIBOR częściowo zrekompensowała wzrost marż kredytowych. Rzeczywiście takie zjawisko ma obecnie miejsce, jednak trzeba pamiętać, że stopa rynkowa może się zmieniać w okresie kredytowania w obu kierunkach, a marża jest stała przez cały okres kredytowania.
Katarzyna Siwek, Jarosław Sadowski / Expander
czwartek, 30 października 2008
Jak przygotować się na przyjęcie euro?
Rząd przyjął harmonogram wchodzenia Polski do strefy euro zakładający, że przyjęcie wspólnej waluty nastąpi 1 stycznia 2012 roku. W opinii Expandera już dziś należy uwzględnić ten fakt w decyzjach finansowych, dotyczących zarówno oszczędzania, jak i zaciągania kredytów.
„Intencją rządu jest, aby w 2011 roku Polska spełniła nominalne kryteria konwergencji, co będzie świadczyć o osiągnięciu przez naszą gospodarkę dojrzałości niezbędnej do udziału w europejskim obszarze jednowalutowym - czytamy w komunikacie po dzisiejszym posiedzeniu rządu. „Pozwoli to (...) na przyjęcie przez nasz kraj wspólnej waluty europejskiej 1 stycznia 2012 roku". Taki harmonogram jest następstwem procedur związanych z przyjęciem euro.
Jak wygląda procedura wejścia do strefy euro?
Polska składa wniosek o wstąpienie do ERM2. Może w nim przedstawić opinię dotyczącą kursu centralnego. Wysokość tego kursu ostatecznie ustalają jednak ministrowie finansów państw strefy euro i ERM2, EBC i banki centralne państw należących do ERM2. Te same podmioty decydują o szerokości pasma wahań w ERM2. Z Traktatu Akcesyjnego wynika, że w ERM2 powinniśmy być minimum 2 lata przed sporządzaniem przez EBC i Komisję raportów o konwergencji, w których zawarta będzie ocena wypełnienia kryteriów z Maastricht przez Polskę. S tandardowo raporty sporządzane są co 2 lata, ale na wniosek państwa może on powstać wcześniej. Jeżeli Komisja Europejska jest za przyjęciem euro przez Polskę, do raportu o konwergencji dołącza wniosek o wprowadzenie euro. Wniosek opiniuje Rada Europejska (szefowie 27 państw UE) oraz Parlament Europejski. Ostateczną decyzję o tym, czy Polska może wprowadzić euro, kiedy i po jakim kursie podejmuje Rada Ecofin (ministrowie finansów 27 państw członkowskich). W 1998 r. Rada Ecofin podjęła decyzję wprowadzenia euro w 11 państwach UE, nie zgodziła się jednak na przyjęcie euro przez Grecję. Nastąpiło to dopiero 2 lata później. Raczej nie wydaje się prawdopodobne, aby data przyjęcia euro przez Polskę została ustalona na inny dzień niż 1 stycznia. Zmiana waluty w trakcie roku obrotowego byłaby bowiem bardzo skomplikowanym, o ile w ogóle wykonalnym, zadaniem dla przedsiębiorstw z punktu widzenia ksiąg rachunkowych.
Co będzie się działo z naszymi oszczędnościami i kredytami do momentu wejścia do strefy euro i w chwili zamiany waluty ze złotego na euro?
Zacznijmy od wyjaśnienia, czy musimy wchodzić do unii walutowej. Odpowiedź brzmi - tak. Zobowiązaliśmy się do tego, zgadzając się zostać członkiem Unii Europejskiej. Oczywiście, w unii są kraje, które do strefy euro nie należą. Część z nich: Wielka Brytania, Szwecja, Dania dostały od UE zgodę na odłożenie momentu przyjęcia wspólnej waluty. Inne kraje - nowi członkowie UE, w tym Polska - mogą wejść do unii walutowej dopiero wtedy, gdy spełnią warunki określone w tzw. traktacie z Maastricht.
Te warunki to:
- deficyt finansów publicznych (czyli nadwyżka wydatków nad dochodami budżetu państwa, ale też budżetów samorządów i wszelkich agend państwa) nieprzekraczający 3 proc. PKB. W przypadku Polski w ubiegłym roku ten deficyt wyniósł 2,0 proc. PKB;
- dług publiczny (czyli pozostające do spłaty zobowiązania budżetu centralnego oraz samorządów, jak obligacje, pożyczki, itp.) nieprzekraczający 60 proc. PKB. Polska w końcu 2007 r. miała zadłużenie odpowiadające 45,2 proc. PKB;
- wzrost cen nieprzekraczający średniej dla trzech państw UE o najniższej inflacji powiększonej o 1,5 punktu procentowego. Pod uwagę bierze się inflację wyliczaną przez Eurostat - unijne biuro statystyczne w oparciu o jego własną metodologię. Ponadto uwzględnia się tzw. średnioroczną inflację (czyli średnią roczną inflację z ostatnich 12 miesięcy). We wrześniu trzema unijnymi krajami o najniższej inflacji były Holandia (2,1 proc.), Portugalii (2,9 proc.) i Niemcy (3,1 proc.), stąd kryterium inflacyjne wynosiło 4,2 proc. Właśnie taka była średnioroczna inflacja w Polsce;
- długoterminowe stopy procentowe (chodzi o rentowność 10-letnich obligacji rządowych) nieprzekraczające średniej dla trzech krajów o najniższej inflacji, powiększonej o 2 pkt proc. Po ostatnim gwałtownym wzrośnie rentowności polskich obligacji różnica między Polską i krajami o najniższej inflacji wynosi ok. 2,8 pkt. proc. Oceniając wypełnienie kryterium KE i EBC będą jednak patrzeć na poziomy stóp w dłuższym okresie;
- kurs waluty (w naszym wypadku złotego) przez dwa lata musi przechodzić test w tzw. ERM2 - mechanizmie wymyślonym przez Unię Europejską i przygotowującym do przyjęcia euro. Test polega na tym, by waluta kraju, który chce wejść do strefy euro nie osłabiła się wobec euro o więcej niż 2,25 proc., a jednocześnie nie umocniła się o więcej niż 15 proc. od centralnego parytetu, który będzie ustalony wspólnie przez stronę polską (resort finansów i bank centralny) oraz unijną przed wejściem do ERM2. Tego warunku Polska nie miała jeszcze okazji spełniać. UE udowodniła już, że zgadza się na większe umocnienie, pozwalała bowiem na rewaluację, czyli podniesienie kursu parytetowego walut niektórych krajów będących w ERM2, ostatnio Słowacji.
Już sama konieczność spełnienia kryteriów z Maastricht będzie miała konsekwencje dla naszych finansów
Warto zdawać sobie sprawę z tego, że ostatni wymóg - dotyczący kursu sprawia, że w ERM2 raczej nie należy się spodziewać osłabienia złotego (chyba, że inwestorzy przestaną wierzyć, że Polska wejdzie do strefy euro i dokonają ataku spekulacyjnego na złotego, który zostanie zakończony sukcesem i doprowadzi do „wypadnięcia" naszego kraju z unijnego mechanizmu). Należy nastawiać się raczej na jego umocnienie. Będzie to związane m.in. z faktem, że z punktu widzenia inwestorów w miarę zbliżania się momentu wejścia do strefy euro Polska będzie zyskiwać na wiarygodności. Zagraniczni gracze będą coraz chętniej kupować nasze aktywa (przede wszystkim obligacje skarbowe), a żeby to zrobić, będą musieli wymienić swoją walutę na złotego, zwiększając na niego popyt na rynku. Słowacja, która przyjmie euro 1 stycznia 2009 r. była zmuszona podnieść z tego powodu kurs parytetowy korony względem euro.
Zakupy przez zagranicznych inwestorów mogą być tym większe, że Rada Polityki Pieniężnej, by doprowadzić do spełnienia kryterium inflacyjnego, będzie zapewne zmuszona do prowadzenia ostrzejszej polityki (czyli wolniejszego obniżania stóp) niż gdyby perspektywa euro była bardziej oddalona. Jednak, gdy nabierzemy pewności, że Polska zostanie przyjęta przez stronę unijną do strefy euro, stopy procentowe - nawet, jeśli będą relatywnie wysokie - szybko zostaną obniżone. W momencie zamiany złotego na euro nie powinno być już bowiem żadnej różnicy w wysokości stóp (przynajmniej tych krótkoterminowych, od których jest uzależnione oprocentowanie depozytów i kredytów) w Polsce i strefie euro.
W dłuższym terminie niższe oprocentowanie lokat bankowych
Posiadacze depozytów bankowych nie powinni spodziewać się szczególnych zmian ani w czasie dochodzenia przez Polskę do strefy euro, ani już wówczas, gdy nasz kraj stanie się członkiem unii walutowej. Wysokość oprocentowania jest uzależniona od poziomu stóp oficjalnych, ale w większym stopniu na oferowane przez banki stawki oprocentowania ma wpływ sytuacja na rynku bankowym i kapitałowym, czyli poziom konkurencji oraz zapotrzebowanie na finansowanie akcji kredytowej. Warto przy tym zdawać sobie sprawę, że po wejściu Polski do strefy euro nasze banki powinny mieć znacznie większe niż dotychczas możliwości pożyczania pieniędzy od instytucji finansowych w krajach Europy Zachodniej, ponieważ nasz rynek międzybankowy stanie się częścią rynku strefy euro. Trzeba jednak podkreślić, że dziś banki generalnie nie są skłonne do pożyczania sobie pieniędzy. Konsekwencją włączenia naszego rynku międzybankowego do rynku strefy euro może być jednak „uodpornienienie się" krajowych banków na wymagania ich polskich deponentów i pogorszenie atrakcyjności lokat bankowych.
Na oprocentowanie lokat złotowych będą też mieć decyzje Rady Polityki Pieniężnej, która będzie mieć dodatkowo na uwadze to, aby inflacja mieściła się poniżej kryterium z Maastricht. Rozpoczynając oczekiwany cykl obniżek stóp procentowych RPP będzie zmuszona działać ostrożniej niż w przypadku, gdyby Polska nie wchodziła do strefy euro. Jeszcze przed wejściem Polski do strefy euro (możliwe, że tuż przed „godziną zero", ale też niewykluczone, że na miesiące wcześniej) stopy procentowe w Polsce powinny obniżyć się do poziomu obowiązującego w strefie euro. To oznacza, że oprocentowanie depozytów w złotych powinno osiągnąć wówczas poziom zbliżony do stawek, jakie nasze banki będą proponować w tym momencie za lokaty w euro. Obecnie główna stopa NBP wynosi 6 proc., a Europejskiego Banku Centralnego 3,75 proc.
Oczekiwanie na obniżkę stóp procentowych to z kolei argument za rozpoczęciem inwestycji w obligacje skarbowe bezpośrednio lub poprzez fundusze. Można spodziewać się, że po tym, jak rentowność polskich obligacji 5-letnich osiągnęła w ostatnich dniach poziom 7,6 proc., trend wzrostowy ulegnie zmianie. Wysokość odsetek płaconych przez banki za lokaty walutowe zależy w głównej mierze od poziomu stóp procentowych (oficjalnych i rynkowych) obowiązujących w kraju, w którego walucie założony jest depozyt. Każdy z przypadków należy rozpatrywać osobno. W Polsce najpopularniejszymi walutami lokat są amerykański dolar, euro (które ponad 10 lat temu zastąpiło markę niemiecką), a ostatnio - dzięki masowym wyjazdom Polaków na Wyspy Brytyjskie - również funt.
To, jak bardzo opłacalny (lub nie) okaże się depozyt w walucie obcej, zazwyczaj w znacznie większym stopniu niż od jego oprocentowania zależy od tego, jak zachowuje się waluta lokaty w stosunku do złotego. Tymczasem w okresie poprzedzającym wejście Polski do strefy euro należy spodziewać się umocnienia złotego. Powstaje jednak pytanie, jak nisko w dół kurs złotego zostanie sprowadzony na obecnej fali spadkowej, zanim zacznie się ponownie umacniać. Dziś można przewidywać, że kurs euro/zloty tuż przed wejściem do strefy euro będzie niższy niż obecnie, ale nie znacząco niższy. Wydaje się, że posiadacze lokat walutowych powinni jeszcze zyskać na osłabieniu złotego, ale później korzystniejsze będzie oszczędzanie w złotych. Czy możliwa jest odwrotna sytuacja - że złoty w okresie pobytu w ERM2 straci na wartości i posiadacz depozytu walutowego zarobi więcej niż tylko na odsetkach? Wtedy, gdy złoty będzie przebywał w mechanizmie kursowym ERM2, może oczywiście dojść do próby spekulacji na spadek wartości naszej waluty. Nie potwierdzają tego jednak doświadczenia krajów, które w ostatnich latach wchodziły do strefy euro - takich ataków nie było. Warto też pamiętać o tym, że banki centralne krajów chcących wejść do strefy euro nie mogą pozwolić na spadek wartości swojej waluty o więcej niż 2,25 proc. w stosunku do kursu parytetowego (w przypadku złotego, gdyby parytet do euro wynosił 3,50 zł, najniższy możliwy kurs wynosiłby 3,5789 zł w stosunku do euro). Warto posłużyć się przykładem Słowacji, która przyjmuje euro 1 stycznia przyszłego roku. W ostatnich tygodniach, gdy złoty i inne waluty państw naszego regionu mocno traciły na wartości, słowacka korona zachowywała się stabilnie.
Co stanie się po naszym wejściu do strefy euro? Ci, którzy wcześniej będą mieli lokaty w złotych, automatycznie staną się posiadaczami depozytów eurowych. Zmiana nie będzie wymagała od nich wizyty w banku ani składania żadnej dyspozycji choćby przez telefon. Z punktu widzenia posiadaczy lokat w walutach obcych nie zmieni się zupełnie nic. Depozyt w dolarach nadal będzie depozytem w dolarach. Podobnie z lokatą w euro z tym, że od momentu wejścia Polski do strefy euro o takiej lokacie nie będzie się już mówić jako o walutowej.
Dla kredytobiorców kluczowe zmiany kursowe
Osoby dziś zaciągające kredyt mogą zarobić lub stracić w okresie dochodzenia Polski do strefy euro, głównie w zależności od tego, jaką walutę kredytu wybiorą. Biorąc pod uwagę obecną tendencję spadkową złotego można oczekiwać, że raty kredytów walutowych nadal będą rosły, a następnie, w miarę zbliżania się terminu wejścia do strefy euro zaczną ponownie maleć. W efekcie przed styczniem 2012 r., mogłyby być nieco niższe niż obecnie. Dla kredytu na 300 tys. zł zaciąganego dziś na 30 lat (25 proc. wkładu własnego), rata w przypadku kredytu w złotych wynosi 2222 zł, a w przypadku kredytu we frankach 1726 zł. Do tego, aby raty te zrównały się konieczny jest wzrost kursu CHF/PLN do ok. 3,39.
Oprocentowania kredytów we frankach powinno pozostać niższe niż dla kredytów w złotych, aczkolwiek w przypadku tych drugich należy oczekiwać spadku wysokości raty w wyniku obniżek stóp procentowych w Polsce. Dodatkowo można zakładać, że w miarę uspokajania obecnych napięć na rynku finansowym, banki będą też skłonne obniżać marże kredytowe. Kredytobiorcy wybierający kredyt walutowy muszą pamiętać, że cały czas będą narażeni na ryzyko kursowe. Chociaż złoty będzie się wahał w określonym przedziale, to ryzyko teoretycznie może być nawet większe niż obecnie, gdy kurs naszej waluty jest wolny. Dlaczego? Gdyby zdarzyło się, że złoty wypadnie z pasma wahań w mechanizmie ERM2, inwestorzy stracą zaufanie do naszego kraju i wówczas możemy mieć do czynienia z bardzo dużym spadkiem notowań naszej waluty.
Stabilny frank
Pamiętajmy, że kredyty dewizowe mogą być faktycznie zaciągane w różnych walutach. Najprostszy jest przypadek pożyczki w euro. Tu bowiem różnica w stopach procentowych nawet jeśli początkowo się powiększy, to potem będzie się zacierać. Kurs złotego powinien zaś zmierzać w stronę parytetu ustalonego przez władze nasze i UE (chyba, że dojdzie do jego rewaluacji, ale na tym kredytobiorcy będą zyskiwać).
Bardziej skomplikowana jest sytuacja osób zaciągających kredyty we frankach szwajcarskich czy jenach. W tych wypadkach najwięcej będzie zależało od tego, jak te waluty będą zachowywać się w stosunku do euro. W przypadku jena zmienność jest duża. W latach 1999-2008 (dane do lipca br.) średnia miesięczna zmiana kursu japońskiej waluty w stosunku do euro wynosiła 2,3 proc. (złoty w tym czasie tracił bądź zyskiwał wobec euro średnio 2,1 proc. miesięcznie). Natomiast wahania franka szwajcarskiego wobec euro to przeciętnie niespełna 1 proc. Jednocześnie przez niemal dziesięć lat (czyli blisko 2,5 tysiąca dni) od startu strefy euro miesięczna zmiana kursu franka do euro tylko 670 razy przekroczyła 1 proc. Tylko - bo w przypadku jena do euro poziom jednoprocentowej zmiany w ciągu miesiąca był przekroczony 1770 razy, a w przypadku kursu złotego wobec euro - 1800 razy. Wnioski? Jeśli mamy wybierać między frankiem a jenem, mniej nieprzespanych nocy będzie nas kosztował ten pierwszy (oczywiście, o ile jego kurs będzie się zachowywał podobnie do tego, co miało miejsce w ostatnich dziesięciu latach).
Zamiana kredytu po 1 stycznia
Co stanie się z kredytami w momencie wejścia Polski do unii walutowej? Jeśli będziemy w tym momencie posiadaczami pożyczki w euro nie odczujemy żadnej zmiany, a jedynie ustalony zostanie poziom naszego zobowiązania w odniesieniu do np. naszych zarobków. Jeśli kredyt będzie denominowany we frankach szwajcarskich bądź w jenach, nadal będziemy spłacać kredyt walutowy, tyle że przewalutowanie comiesięcznych rat nie będzie się odbywało na linii, powiedzmy, złoty-frank, a euro-frank.
Problemy z zaokrągleniem
Chwila wejścia Polski do strefy euro i zamiany złotego na unijny pieniądz będzie miała jednak konsekwencje daleko wykraczające poza deponentów i kredytobiorców. Najważniejszą kwestią jest to, czy po wejściu Polski do strefy euro należy obawiać się wzrostu cen, czy też nie. Źródłem wzrostu cen miałyby być zaokrąglenia cen przy przeliczaniu ich ze złotych na euro. Analizy ekonomistów (również niedawne prace prowadzone w Narodowym Banku Polskim) wskazują, że ten efekt raczej nie będzie duży. Inna sprawa, że będzie dotykał przede wszystkim cen tych towarów, które kupujemy najczęściej (jak żywność). Dlatego „inflacja odczuwana" przez konsumentów może być wyższa niż faktyczny wzrost poziomu cen.
Zastąpienie w naszych portfelach złotego przez euro będzie rodziło jeszcze inne problemy w codziennym życiu Polaków. Na przykład, jaka powinna być wysokość napiwku w barze albo restauracji. Albo - co wrzucić „na tacę" podczas niedzielnej mszy. Czy to tylko wymyślony problem? Ci, którzy dziś dają księdzu 10 zł po wejściu do strefy euro powinni dać niespełna 2,7 euro (przy założeniu, że kurs zamiany euro na złotego byłby na poziomie 3,72). Problem w tym, że takiej monety nie ma. Do wyboru będzie 2 euro albo 5 euro jako jedna moneta, lub 3 euro jako dwie monety. Każda parafia może więc co niedzieli „tracić" 25 proc. dotychczasowych wpływów albo też powiększyć je np. o 85%. Na rozstrzygnięcie tej kwestii mamy jednak jeszcze ponad trzy lata.
Zespół Analiz Expandera
„Intencją rządu jest, aby w 2011 roku Polska spełniła nominalne kryteria konwergencji, co będzie świadczyć o osiągnięciu przez naszą gospodarkę dojrzałości niezbędnej do udziału w europejskim obszarze jednowalutowym - czytamy w komunikacie po dzisiejszym posiedzeniu rządu. „Pozwoli to (...) na przyjęcie przez nasz kraj wspólnej waluty europejskiej 1 stycznia 2012 roku". Taki harmonogram jest następstwem procedur związanych z przyjęciem euro.
Jak wygląda procedura wejścia do strefy euro?
Polska składa wniosek o wstąpienie do ERM2. Może w nim przedstawić opinię dotyczącą kursu centralnego. Wysokość tego kursu ostatecznie ustalają jednak ministrowie finansów państw strefy euro i ERM2, EBC i banki centralne państw należących do ERM2. Te same podmioty decydują o szerokości pasma wahań w ERM2. Z Traktatu Akcesyjnego wynika, że w ERM2 powinniśmy być minimum 2 lata przed sporządzaniem przez EBC i Komisję raportów o konwergencji, w których zawarta będzie ocena wypełnienia kryteriów z Maastricht przez Polskę. S tandardowo raporty sporządzane są co 2 lata, ale na wniosek państwa może on powstać wcześniej. Jeżeli Komisja Europejska jest za przyjęciem euro przez Polskę, do raportu o konwergencji dołącza wniosek o wprowadzenie euro. Wniosek opiniuje Rada Europejska (szefowie 27 państw UE) oraz Parlament Europejski. Ostateczną decyzję o tym, czy Polska może wprowadzić euro, kiedy i po jakim kursie podejmuje Rada Ecofin (ministrowie finansów 27 państw członkowskich). W 1998 r. Rada Ecofin podjęła decyzję wprowadzenia euro w 11 państwach UE, nie zgodziła się jednak na przyjęcie euro przez Grecję. Nastąpiło to dopiero 2 lata później. Raczej nie wydaje się prawdopodobne, aby data przyjęcia euro przez Polskę została ustalona na inny dzień niż 1 stycznia. Zmiana waluty w trakcie roku obrotowego byłaby bowiem bardzo skomplikowanym, o ile w ogóle wykonalnym, zadaniem dla przedsiębiorstw z punktu widzenia ksiąg rachunkowych.
Co będzie się działo z naszymi oszczędnościami i kredytami do momentu wejścia do strefy euro i w chwili zamiany waluty ze złotego na euro?
Zacznijmy od wyjaśnienia, czy musimy wchodzić do unii walutowej. Odpowiedź brzmi - tak. Zobowiązaliśmy się do tego, zgadzając się zostać członkiem Unii Europejskiej. Oczywiście, w unii są kraje, które do strefy euro nie należą. Część z nich: Wielka Brytania, Szwecja, Dania dostały od UE zgodę na odłożenie momentu przyjęcia wspólnej waluty. Inne kraje - nowi członkowie UE, w tym Polska - mogą wejść do unii walutowej dopiero wtedy, gdy spełnią warunki określone w tzw. traktacie z Maastricht.
Te warunki to:
- deficyt finansów publicznych (czyli nadwyżka wydatków nad dochodami budżetu państwa, ale też budżetów samorządów i wszelkich agend państwa) nieprzekraczający 3 proc. PKB. W przypadku Polski w ubiegłym roku ten deficyt wyniósł 2,0 proc. PKB;
- dług publiczny (czyli pozostające do spłaty zobowiązania budżetu centralnego oraz samorządów, jak obligacje, pożyczki, itp.) nieprzekraczający 60 proc. PKB. Polska w końcu 2007 r. miała zadłużenie odpowiadające 45,2 proc. PKB;
- wzrost cen nieprzekraczający średniej dla trzech państw UE o najniższej inflacji powiększonej o 1,5 punktu procentowego. Pod uwagę bierze się inflację wyliczaną przez Eurostat - unijne biuro statystyczne w oparciu o jego własną metodologię. Ponadto uwzględnia się tzw. średnioroczną inflację (czyli średnią roczną inflację z ostatnich 12 miesięcy). We wrześniu trzema unijnymi krajami o najniższej inflacji były Holandia (2,1 proc.), Portugalii (2,9 proc.) i Niemcy (3,1 proc.), stąd kryterium inflacyjne wynosiło 4,2 proc. Właśnie taka była średnioroczna inflacja w Polsce;
- długoterminowe stopy procentowe (chodzi o rentowność 10-letnich obligacji rządowych) nieprzekraczające średniej dla trzech krajów o najniższej inflacji, powiększonej o 2 pkt proc. Po ostatnim gwałtownym wzrośnie rentowności polskich obligacji różnica między Polską i krajami o najniższej inflacji wynosi ok. 2,8 pkt. proc. Oceniając wypełnienie kryterium KE i EBC będą jednak patrzeć na poziomy stóp w dłuższym okresie;
- kurs waluty (w naszym wypadku złotego) przez dwa lata musi przechodzić test w tzw. ERM2 - mechanizmie wymyślonym przez Unię Europejską i przygotowującym do przyjęcia euro. Test polega na tym, by waluta kraju, który chce wejść do strefy euro nie osłabiła się wobec euro o więcej niż 2,25 proc., a jednocześnie nie umocniła się o więcej niż 15 proc. od centralnego parytetu, który będzie ustalony wspólnie przez stronę polską (resort finansów i bank centralny) oraz unijną przed wejściem do ERM2. Tego warunku Polska nie miała jeszcze okazji spełniać. UE udowodniła już, że zgadza się na większe umocnienie, pozwalała bowiem na rewaluację, czyli podniesienie kursu parytetowego walut niektórych krajów będących w ERM2, ostatnio Słowacji.
Już sama konieczność spełnienia kryteriów z Maastricht będzie miała konsekwencje dla naszych finansów
Warto zdawać sobie sprawę z tego, że ostatni wymóg - dotyczący kursu sprawia, że w ERM2 raczej nie należy się spodziewać osłabienia złotego (chyba, że inwestorzy przestaną wierzyć, że Polska wejdzie do strefy euro i dokonają ataku spekulacyjnego na złotego, który zostanie zakończony sukcesem i doprowadzi do „wypadnięcia" naszego kraju z unijnego mechanizmu). Należy nastawiać się raczej na jego umocnienie. Będzie to związane m.in. z faktem, że z punktu widzenia inwestorów w miarę zbliżania się momentu wejścia do strefy euro Polska będzie zyskiwać na wiarygodności. Zagraniczni gracze będą coraz chętniej kupować nasze aktywa (przede wszystkim obligacje skarbowe), a żeby to zrobić, będą musieli wymienić swoją walutę na złotego, zwiększając na niego popyt na rynku. Słowacja, która przyjmie euro 1 stycznia 2009 r. była zmuszona podnieść z tego powodu kurs parytetowy korony względem euro.
Zakupy przez zagranicznych inwestorów mogą być tym większe, że Rada Polityki Pieniężnej, by doprowadzić do spełnienia kryterium inflacyjnego, będzie zapewne zmuszona do prowadzenia ostrzejszej polityki (czyli wolniejszego obniżania stóp) niż gdyby perspektywa euro była bardziej oddalona. Jednak, gdy nabierzemy pewności, że Polska zostanie przyjęta przez stronę unijną do strefy euro, stopy procentowe - nawet, jeśli będą relatywnie wysokie - szybko zostaną obniżone. W momencie zamiany złotego na euro nie powinno być już bowiem żadnej różnicy w wysokości stóp (przynajmniej tych krótkoterminowych, od których jest uzależnione oprocentowanie depozytów i kredytów) w Polsce i strefie euro.
W dłuższym terminie niższe oprocentowanie lokat bankowych
Posiadacze depozytów bankowych nie powinni spodziewać się szczególnych zmian ani w czasie dochodzenia przez Polskę do strefy euro, ani już wówczas, gdy nasz kraj stanie się członkiem unii walutowej. Wysokość oprocentowania jest uzależniona od poziomu stóp oficjalnych, ale w większym stopniu na oferowane przez banki stawki oprocentowania ma wpływ sytuacja na rynku bankowym i kapitałowym, czyli poziom konkurencji oraz zapotrzebowanie na finansowanie akcji kredytowej. Warto przy tym zdawać sobie sprawę, że po wejściu Polski do strefy euro nasze banki powinny mieć znacznie większe niż dotychczas możliwości pożyczania pieniędzy od instytucji finansowych w krajach Europy Zachodniej, ponieważ nasz rynek międzybankowy stanie się częścią rynku strefy euro. Trzeba jednak podkreślić, że dziś banki generalnie nie są skłonne do pożyczania sobie pieniędzy. Konsekwencją włączenia naszego rynku międzybankowego do rynku strefy euro może być jednak „uodpornienienie się" krajowych banków na wymagania ich polskich deponentów i pogorszenie atrakcyjności lokat bankowych.
Na oprocentowanie lokat złotowych będą też mieć decyzje Rady Polityki Pieniężnej, która będzie mieć dodatkowo na uwadze to, aby inflacja mieściła się poniżej kryterium z Maastricht. Rozpoczynając oczekiwany cykl obniżek stóp procentowych RPP będzie zmuszona działać ostrożniej niż w przypadku, gdyby Polska nie wchodziła do strefy euro. Jeszcze przed wejściem Polski do strefy euro (możliwe, że tuż przed „godziną zero", ale też niewykluczone, że na miesiące wcześniej) stopy procentowe w Polsce powinny obniżyć się do poziomu obowiązującego w strefie euro. To oznacza, że oprocentowanie depozytów w złotych powinno osiągnąć wówczas poziom zbliżony do stawek, jakie nasze banki będą proponować w tym momencie za lokaty w euro. Obecnie główna stopa NBP wynosi 6 proc., a Europejskiego Banku Centralnego 3,75 proc.
Oczekiwanie na obniżkę stóp procentowych to z kolei argument za rozpoczęciem inwestycji w obligacje skarbowe bezpośrednio lub poprzez fundusze. Można spodziewać się, że po tym, jak rentowność polskich obligacji 5-letnich osiągnęła w ostatnich dniach poziom 7,6 proc., trend wzrostowy ulegnie zmianie. Wysokość odsetek płaconych przez banki za lokaty walutowe zależy w głównej mierze od poziomu stóp procentowych (oficjalnych i rynkowych) obowiązujących w kraju, w którego walucie założony jest depozyt. Każdy z przypadków należy rozpatrywać osobno. W Polsce najpopularniejszymi walutami lokat są amerykański dolar, euro (które ponad 10 lat temu zastąpiło markę niemiecką), a ostatnio - dzięki masowym wyjazdom Polaków na Wyspy Brytyjskie - również funt.
To, jak bardzo opłacalny (lub nie) okaże się depozyt w walucie obcej, zazwyczaj w znacznie większym stopniu niż od jego oprocentowania zależy od tego, jak zachowuje się waluta lokaty w stosunku do złotego. Tymczasem w okresie poprzedzającym wejście Polski do strefy euro należy spodziewać się umocnienia złotego. Powstaje jednak pytanie, jak nisko w dół kurs złotego zostanie sprowadzony na obecnej fali spadkowej, zanim zacznie się ponownie umacniać. Dziś można przewidywać, że kurs euro/zloty tuż przed wejściem do strefy euro będzie niższy niż obecnie, ale nie znacząco niższy. Wydaje się, że posiadacze lokat walutowych powinni jeszcze zyskać na osłabieniu złotego, ale później korzystniejsze będzie oszczędzanie w złotych. Czy możliwa jest odwrotna sytuacja - że złoty w okresie pobytu w ERM2 straci na wartości i posiadacz depozytu walutowego zarobi więcej niż tylko na odsetkach? Wtedy, gdy złoty będzie przebywał w mechanizmie kursowym ERM2, może oczywiście dojść do próby spekulacji na spadek wartości naszej waluty. Nie potwierdzają tego jednak doświadczenia krajów, które w ostatnich latach wchodziły do strefy euro - takich ataków nie było. Warto też pamiętać o tym, że banki centralne krajów chcących wejść do strefy euro nie mogą pozwolić na spadek wartości swojej waluty o więcej niż 2,25 proc. w stosunku do kursu parytetowego (w przypadku złotego, gdyby parytet do euro wynosił 3,50 zł, najniższy możliwy kurs wynosiłby 3,5789 zł w stosunku do euro). Warto posłużyć się przykładem Słowacji, która przyjmuje euro 1 stycznia przyszłego roku. W ostatnich tygodniach, gdy złoty i inne waluty państw naszego regionu mocno traciły na wartości, słowacka korona zachowywała się stabilnie.
Co stanie się po naszym wejściu do strefy euro? Ci, którzy wcześniej będą mieli lokaty w złotych, automatycznie staną się posiadaczami depozytów eurowych. Zmiana nie będzie wymagała od nich wizyty w banku ani składania żadnej dyspozycji choćby przez telefon. Z punktu widzenia posiadaczy lokat w walutach obcych nie zmieni się zupełnie nic. Depozyt w dolarach nadal będzie depozytem w dolarach. Podobnie z lokatą w euro z tym, że od momentu wejścia Polski do strefy euro o takiej lokacie nie będzie się już mówić jako o walutowej.
Dla kredytobiorców kluczowe zmiany kursowe
Osoby dziś zaciągające kredyt mogą zarobić lub stracić w okresie dochodzenia Polski do strefy euro, głównie w zależności od tego, jaką walutę kredytu wybiorą. Biorąc pod uwagę obecną tendencję spadkową złotego można oczekiwać, że raty kredytów walutowych nadal będą rosły, a następnie, w miarę zbliżania się terminu wejścia do strefy euro zaczną ponownie maleć. W efekcie przed styczniem 2012 r., mogłyby być nieco niższe niż obecnie. Dla kredytu na 300 tys. zł zaciąganego dziś na 30 lat (25 proc. wkładu własnego), rata w przypadku kredytu w złotych wynosi 2222 zł, a w przypadku kredytu we frankach 1726 zł. Do tego, aby raty te zrównały się konieczny jest wzrost kursu CHF/PLN do ok. 3,39.
Oprocentowania kredytów we frankach powinno pozostać niższe niż dla kredytów w złotych, aczkolwiek w przypadku tych drugich należy oczekiwać spadku wysokości raty w wyniku obniżek stóp procentowych w Polsce. Dodatkowo można zakładać, że w miarę uspokajania obecnych napięć na rynku finansowym, banki będą też skłonne obniżać marże kredytowe. Kredytobiorcy wybierający kredyt walutowy muszą pamiętać, że cały czas będą narażeni na ryzyko kursowe. Chociaż złoty będzie się wahał w określonym przedziale, to ryzyko teoretycznie może być nawet większe niż obecnie, gdy kurs naszej waluty jest wolny. Dlaczego? Gdyby zdarzyło się, że złoty wypadnie z pasma wahań w mechanizmie ERM2, inwestorzy stracą zaufanie do naszego kraju i wówczas możemy mieć do czynienia z bardzo dużym spadkiem notowań naszej waluty.
Stabilny frank
Pamiętajmy, że kredyty dewizowe mogą być faktycznie zaciągane w różnych walutach. Najprostszy jest przypadek pożyczki w euro. Tu bowiem różnica w stopach procentowych nawet jeśli początkowo się powiększy, to potem będzie się zacierać. Kurs złotego powinien zaś zmierzać w stronę parytetu ustalonego przez władze nasze i UE (chyba, że dojdzie do jego rewaluacji, ale na tym kredytobiorcy będą zyskiwać).
Bardziej skomplikowana jest sytuacja osób zaciągających kredyty we frankach szwajcarskich czy jenach. W tych wypadkach najwięcej będzie zależało od tego, jak te waluty będą zachowywać się w stosunku do euro. W przypadku jena zmienność jest duża. W latach 1999-2008 (dane do lipca br.) średnia miesięczna zmiana kursu japońskiej waluty w stosunku do euro wynosiła 2,3 proc. (złoty w tym czasie tracił bądź zyskiwał wobec euro średnio 2,1 proc. miesięcznie). Natomiast wahania franka szwajcarskiego wobec euro to przeciętnie niespełna 1 proc. Jednocześnie przez niemal dziesięć lat (czyli blisko 2,5 tysiąca dni) od startu strefy euro miesięczna zmiana kursu franka do euro tylko 670 razy przekroczyła 1 proc. Tylko - bo w przypadku jena do euro poziom jednoprocentowej zmiany w ciągu miesiąca był przekroczony 1770 razy, a w przypadku kursu złotego wobec euro - 1800 razy. Wnioski? Jeśli mamy wybierać między frankiem a jenem, mniej nieprzespanych nocy będzie nas kosztował ten pierwszy (oczywiście, o ile jego kurs będzie się zachowywał podobnie do tego, co miało miejsce w ostatnich dziesięciu latach).
Zamiana kredytu po 1 stycznia
Co stanie się z kredytami w momencie wejścia Polski do unii walutowej? Jeśli będziemy w tym momencie posiadaczami pożyczki w euro nie odczujemy żadnej zmiany, a jedynie ustalony zostanie poziom naszego zobowiązania w odniesieniu do np. naszych zarobków. Jeśli kredyt będzie denominowany we frankach szwajcarskich bądź w jenach, nadal będziemy spłacać kredyt walutowy, tyle że przewalutowanie comiesięcznych rat nie będzie się odbywało na linii, powiedzmy, złoty-frank, a euro-frank.
Problemy z zaokrągleniem
Chwila wejścia Polski do strefy euro i zamiany złotego na unijny pieniądz będzie miała jednak konsekwencje daleko wykraczające poza deponentów i kredytobiorców. Najważniejszą kwestią jest to, czy po wejściu Polski do strefy euro należy obawiać się wzrostu cen, czy też nie. Źródłem wzrostu cen miałyby być zaokrąglenia cen przy przeliczaniu ich ze złotych na euro. Analizy ekonomistów (również niedawne prace prowadzone w Narodowym Banku Polskim) wskazują, że ten efekt raczej nie będzie duży. Inna sprawa, że będzie dotykał przede wszystkim cen tych towarów, które kupujemy najczęściej (jak żywność). Dlatego „inflacja odczuwana" przez konsumentów może być wyższa niż faktyczny wzrost poziomu cen.
Zastąpienie w naszych portfelach złotego przez euro będzie rodziło jeszcze inne problemy w codziennym życiu Polaków. Na przykład, jaka powinna być wysokość napiwku w barze albo restauracji. Albo - co wrzucić „na tacę" podczas niedzielnej mszy. Czy to tylko wymyślony problem? Ci, którzy dziś dają księdzu 10 zł po wejściu do strefy euro powinni dać niespełna 2,7 euro (przy założeniu, że kurs zamiany euro na złotego byłby na poziomie 3,72). Problem w tym, że takiej monety nie ma. Do wyboru będzie 2 euro albo 5 euro jako jedna moneta, lub 3 euro jako dwie monety. Każda parafia może więc co niedzieli „tracić" 25 proc. dotychczasowych wpływów albo też powiększyć je np. o 85%. Na rozstrzygnięcie tej kwestii mamy jednak jeszcze ponad trzy lata.
Zespół Analiz Expandera
Etykiety:
Bank,
Finanse,
Firma,
Poradnik bankowy
piątek, 17 października 2008
Bezpieczeństwo w bankach internetowych
Polacy coraz chętniej obsługują swoje rachunki przez internet. Jednak zdecydowana większość z nas nadal ma poważne obawy dotyczące korzystania z usług bankowości elektronicznej. Tymczasem poziom bezpieczeństwa polskich e-banków jest bardzo wysoki, a najsłabsze ogniowo w łańcuchu zabezpieczeń stanowi niestety klient.
Bankowość internetowa to już niemal standard w ofercie naszych banków. Każda licząca się instytucja zaoferowała już swoim klientom możliwość obsługi konta bankowego przez internet, a z każdym miesiącem przybywa osób korzystających z tego kanału dostępu. Dotyczy to zarówno nowych klientów banków, jak również „tradycjonalistów”, którzy dotychczas obsługiwali rachunek w placówkach bankowych. Ich wszystkich kusi wygoda, dostęp do rachunku 24 godziny na dobę i zdecydowanie niższe ceny poszczególnych usług.
Gwarancje Funduszu
Bankowość internetową oferują banki stricte internetowe, określane niekiedy mianem banków „wirtualnych”, jak również banki tradycyjne, w tym również spółdzielcze i niektóre SKOK-i. Najbardziej nieufnie klienci traktują właśnie banki „wirtualne”. Najczęściej podnoszonym argumentem jest owa „wirtualność”, pojmowana jako bank na niby. Tymczasem należy pamiętać, że za każdą instytucją „wirtualną” stoją potężne grupy finansowe. Inteligo należy do PKO Banku Polskiego, mBank jest marką BRE Banku, a Volkswagen Bank direct czy Toyota Bank Polska należą do największych koncernów samochodowych.
Nie ma więc żadnego ryzyka związanego z tym, że bank nagle zniknie z rynku a pieniądze przepadną. Należy pamiętać, że oszczędności zgromadzone w tych instytucjach, tak samo jak w przypadku innych banków, objęte są obowiązkowym systemem gwarantowania Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Tak naprawdę jedynym mankamentem może być brak dostępu do placówek.
Praktycznie wszystkie banki „tradycyjne” udostępniły już swoim klientom dotychczas obsługującym konto w okienku kasowym także możliwość obsługi rachunku przez internet. Część z nich wprowadziła ponadto specjalne konta dla klientów preferujących korzystanie z konta tylko za pośrednictwem sieci. I okazuje się, że cieszą się one coraz większą popularnością. Nadal jednak większość klientów podchodzi nieufnie do obsługi konta przez internet. Czy słusznie?
Nie ufaj obcym
Poziom bezpieczeństwa polskich e-banków jest bardzo wysoki. Przypadki ataku cyberprzestępców na bezpośrednio na wewnętrzne systemy i zabezpieczenia instytucji finansowych praktycznie się nie zdarzają. Cyberprzestepcy wykorzystują inną technikę - atakują naiwnych klientów, którzy nie przestrzegają podstawowych zasad bezpieczeństwa korzystania z bankowości internetowej. Ich celem stają się także słabo zabezpieczone komputery prywatnych użytkowników.
Jednym z najczęściej stosowanych ataków na użytkowników bankowości internetowej jest tzw. phishing. Terminem tym określana jest próba wyłudzenia informacji na temat konta czy karty kredytowej, poprzez fałszywy e-mail z banku. Złodzieje rozsyłają list do setek internautów z nadzieją na złowienie naiwnego klienta. W e-mailu wyglądającym niczym korespondencja z banku proszą o podanie danych dostępowych do konta oraz np. trzech kolejnych kodów ze zdrapki. Swoją prośbę argumentują bądź awarią systemu, bądź koniecznością aktualizacji lub sprawdzenia poprawności informacji o kliencie. W mailu podany jest spreparowany adres internetowy, który przekierowuje klienta na fałszywą stronę z formularzem do wypełnienia. Jeśli klient nabierze się na taki trik, złodzieje otrzymują niezbędne dane do wyczyszczenia rachunku.
Pamiętaj! Banki nigdy nie proszą drogą korespondencyjną o podanie wrażliwych informacji. Jeżeli kiedykolwiek taki mejl trafi do naszej skrzynki należy go skasować, a pod żadnym pozorem nie wchodzić na podany w wiadomości adres internetowy.
Fałszywy adres przekierowuje z reguły na stronę wyglądającą identycznie jak strona bankowa. Należy jednak sprawdzić, czy witryna posiada odpowiednie certyfikaty bezpieczeństwa. Opis, w jaki sposób można sprawdzić certyfikat znajduje się na każdej stronie banku. Zaufane witryny są identyfikowane przez przeglądarki internetowe.
Przeglądarki - Zabezpiecz komputer
Inny problem stanowi brak odpowiednich zabezpieczeń na komputerach osobistych wielu użytkowników. Aby zmniejszyć ryzyko zagrożenia wystarczy zainstalować program z kategorii firewalli (tzw. zapór ogniowych) i antywirusa. Nie jest konieczne kupowanie drogiego oprogramowania, bo w sieci możemy znaleźć wiele darmowych i bardzo dobrych programów alternatywnych. Należy pamiętać, że instalowanie aplikacji pobranych z niesprawdzonych stron internetowych bardzo często kończy się zainfekowaniem komputera przez oprogramowanie szpiegujące.
Autoryzacja transakcji
Dostęp do bankowości internetowej jest zabezpieczony kilkustopniowymi etapami uwierzytelniania. Do zalogowania się do systemu konieczne jest podanie identyfikatora klienta oraz hasła. Dodatkowo, aby potwierdzić transakcję należy podać kod ze zdrapki, SMS-a lub wygenerowany przez token.
Banki coraz częściej stosują zabezpieczenia w postaci haseł SMS-owych i zastępują nimi dotychczasowe karty kodów i zdrapki. Podczas dokonywania transakcji klient otrzymuje bezpośrednio na swój numer telefonu komórkowego SMS-owe hasło, za pomocą którego ma potwierdzić operację. Oznacza, to że nawet jeśli dane potrzebne do zalogowania się na konto dostaną się w ręce osoby niepowołanej to nie dokona ona autoryzacji przelewu. Sam klient nie zna też kolejnych kodów i nie może ich spisać na „zapas”. Hasło jest generowane indywidualnie do każdej transakcji i przesyłane podczas jej dokonywania.
Wojciech Boczoń, Bankier.pl
Bankowość internetowa to już niemal standard w ofercie naszych banków. Każda licząca się instytucja zaoferowała już swoim klientom możliwość obsługi konta bankowego przez internet, a z każdym miesiącem przybywa osób korzystających z tego kanału dostępu. Dotyczy to zarówno nowych klientów banków, jak również „tradycjonalistów”, którzy dotychczas obsługiwali rachunek w placówkach bankowych. Ich wszystkich kusi wygoda, dostęp do rachunku 24 godziny na dobę i zdecydowanie niższe ceny poszczególnych usług.
Gwarancje Funduszu
Bankowość internetową oferują banki stricte internetowe, określane niekiedy mianem banków „wirtualnych”, jak również banki tradycyjne, w tym również spółdzielcze i niektóre SKOK-i. Najbardziej nieufnie klienci traktują właśnie banki „wirtualne”. Najczęściej podnoszonym argumentem jest owa „wirtualność”, pojmowana jako bank na niby. Tymczasem należy pamiętać, że za każdą instytucją „wirtualną” stoją potężne grupy finansowe. Inteligo należy do PKO Banku Polskiego, mBank jest marką BRE Banku, a Volkswagen Bank direct czy Toyota Bank Polska należą do największych koncernów samochodowych.
Nie ma więc żadnego ryzyka związanego z tym, że bank nagle zniknie z rynku a pieniądze przepadną. Należy pamiętać, że oszczędności zgromadzone w tych instytucjach, tak samo jak w przypadku innych banków, objęte są obowiązkowym systemem gwarantowania Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Tak naprawdę jedynym mankamentem może być brak dostępu do placówek.
Praktycznie wszystkie banki „tradycyjne” udostępniły już swoim klientom dotychczas obsługującym konto w okienku kasowym także możliwość obsługi rachunku przez internet. Część z nich wprowadziła ponadto specjalne konta dla klientów preferujących korzystanie z konta tylko za pośrednictwem sieci. I okazuje się, że cieszą się one coraz większą popularnością. Nadal jednak większość klientów podchodzi nieufnie do obsługi konta przez internet. Czy słusznie?
Nie ufaj obcym
Poziom bezpieczeństwa polskich e-banków jest bardzo wysoki. Przypadki ataku cyberprzestępców na bezpośrednio na wewnętrzne systemy i zabezpieczenia instytucji finansowych praktycznie się nie zdarzają. Cyberprzestepcy wykorzystują inną technikę - atakują naiwnych klientów, którzy nie przestrzegają podstawowych zasad bezpieczeństwa korzystania z bankowości internetowej. Ich celem stają się także słabo zabezpieczone komputery prywatnych użytkowników.
Jednym z najczęściej stosowanych ataków na użytkowników bankowości internetowej jest tzw. phishing. Terminem tym określana jest próba wyłudzenia informacji na temat konta czy karty kredytowej, poprzez fałszywy e-mail z banku. Złodzieje rozsyłają list do setek internautów z nadzieją na złowienie naiwnego klienta. W e-mailu wyglądającym niczym korespondencja z banku proszą o podanie danych dostępowych do konta oraz np. trzech kolejnych kodów ze zdrapki. Swoją prośbę argumentują bądź awarią systemu, bądź koniecznością aktualizacji lub sprawdzenia poprawności informacji o kliencie. W mailu podany jest spreparowany adres internetowy, który przekierowuje klienta na fałszywą stronę z formularzem do wypełnienia. Jeśli klient nabierze się na taki trik, złodzieje otrzymują niezbędne dane do wyczyszczenia rachunku.
Pamiętaj! Banki nigdy nie proszą drogą korespondencyjną o podanie wrażliwych informacji. Jeżeli kiedykolwiek taki mejl trafi do naszej skrzynki należy go skasować, a pod żadnym pozorem nie wchodzić na podany w wiadomości adres internetowy.
Fałszywy adres przekierowuje z reguły na stronę wyglądającą identycznie jak strona bankowa. Należy jednak sprawdzić, czy witryna posiada odpowiednie certyfikaty bezpieczeństwa. Opis, w jaki sposób można sprawdzić certyfikat znajduje się na każdej stronie banku. Zaufane witryny są identyfikowane przez przeglądarki internetowe.
Przeglądarki - Zabezpiecz komputer
Inny problem stanowi brak odpowiednich zabezpieczeń na komputerach osobistych wielu użytkowników. Aby zmniejszyć ryzyko zagrożenia wystarczy zainstalować program z kategorii firewalli (tzw. zapór ogniowych) i antywirusa. Nie jest konieczne kupowanie drogiego oprogramowania, bo w sieci możemy znaleźć wiele darmowych i bardzo dobrych programów alternatywnych. Należy pamiętać, że instalowanie aplikacji pobranych z niesprawdzonych stron internetowych bardzo często kończy się zainfekowaniem komputera przez oprogramowanie szpiegujące.
Autoryzacja transakcji
Dostęp do bankowości internetowej jest zabezpieczony kilkustopniowymi etapami uwierzytelniania. Do zalogowania się do systemu konieczne jest podanie identyfikatora klienta oraz hasła. Dodatkowo, aby potwierdzić transakcję należy podać kod ze zdrapki, SMS-a lub wygenerowany przez token.
Banki coraz częściej stosują zabezpieczenia w postaci haseł SMS-owych i zastępują nimi dotychczasowe karty kodów i zdrapki. Podczas dokonywania transakcji klient otrzymuje bezpośrednio na swój numer telefonu komórkowego SMS-owe hasło, za pomocą którego ma potwierdzić operację. Oznacza, to że nawet jeśli dane potrzebne do zalogowania się na konto dostaną się w ręce osoby niepowołanej to nie dokona ona autoryzacji przelewu. Sam klient nie zna też kolejnych kodów i nie może ich spisać na „zapas”. Hasło jest generowane indywidualnie do każdej transakcji i przesyłane podczas jej dokonywania.
Wojciech Boczoń, Bankier.pl
Poradnik bankowości internetowej
Jak korzystać z bankowości internetowej?
Obsługa konta osobistego w systemie bankowości internetowej nie powinna przysparzać problemów nawet osobom rozpoczynającym swoją przygodę z komputerem. Cały proces jest intuicyjny i opatrzony odpowiednimi wskazówkami banku.
Obecnie już większość banków detalicznych oferuje swoim klientom możliwość obsługi rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego przez internet. Jest to rozwiązanie zyskujące coraz większe grono zwolenników. Doceniają oni wygodę, i 24-godzinny dostęp do konta, ale przede wszystkim znacznie niższe koszty poszczególnych operacji.
Posiadacze ROR-ów obsługiwanych do tej pory w oddziale mogą bez problemu aktywować elektroniczne kanały dostępu. Wystarczy wizyta w placówce i podpisanie aneksu do umowy o prowadzenie rachunku. Pracownik banku wyda odpowiednie dokumenty i poinstruuje, jak należy rozpocząć korzystanie z tego kanału dostępu do konta.
Zaloguj się do konta
Każdy bank udostępniający klientom usługi bankowości internetowej na swojej stronie WWW ma zakładkę „Logowanie”. To właśnie tam należy skierować swoje pierwsze kroki. Aby zalogować się do systemu bankowości internetowej należy podać identyfikator klienta oraz hasło. Identyfikator to numer nadawany przez bank każdemu klientowi. Hasło jest początkowo definiowane przez bank, ale po pierwszej wizycie w systemie klient jest proszony o wprowadzenie nowego, własnego hasła. Cały proces jest intuicyjny i wspomagany odpowiednimi komunikatami.
Po zalogowaniu się klient otrzymuje dostęp do centrum zarządzania swoimi finansami. Oprócz opcji związanych z obsługą rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego może także zarządzać innymi produktami z których korzysta. W systemie może zakładać lokaty, monitorować stan rachunku oszczędnościowego, czy kart kredytowych, nabywać jednostki funduszy inwestycyjnych i wykupować ubezpieczenia. Wszystkie operacje wykonuje się prosto i intuicyjnie.
Wykonaj przelew
Aby wykonać przelew wystarczy wybrać z listy odpowiednią opcję - przelew jednorazowy lub przelew dowolny. Następnie wyświetli się okienko, w którym należy uzupełnić odpowiednie informacje - numer rachunku odbiorcy, jego imię nazwisko (lub nazwę firmy), adres oraz tytuł przelewu i jego kwotę. Po wypełnieniu podstawowych operacji przechodzimy do kolejnego kroku - zatwierdzenia operacji kodem.
Banki wymagają, aby każda transakcja była potwierdzania specjalnym kodem. W tym celu wydają swoim klientom karty z kodami, lub karty zdrapki. Po wypełnieniu wspomnianych wyżej pól klient jest proszony o podanie kodu oznaczonego odpowiednim numerem. Coraz częściej banki stosują także kody SMS-owe. Wysyłają odpowiednie hasło bezpośrednio na numer telefonu komórkowego klienta. Cała operacja trwa zaledwie kilka sekund i klient otrzymuje kod niemal natychmiast. Część instytucji wydaje natomiast klientom małe urządzenie generujące takie kody - token.
Zdefiniuj odbiorców
Każdy system bankowości internetowej umożliwia zdefiniowanie stałych odbiorców płatności. Warto wprowadzić sobie firmy, czy osoby, do których regularnie zlecamy przelewy. Mogą to być operatorzy komórkowi, gazownia, czy spółdzielnia. Później opłacenie rachunku będzie sprowadzało się jedynie do uzupełnienia odpowiedniej kwoty i tytułu przelewu. Pozostałe dane będą już zapisane. Dzięki takiemu rozwiązaniu można zaoszczędzić czas i uniknąć ewentualnej pomyłki podczas wypełniania druku. Zlecanie przelewu do zdefiniowanego odbiorcy sprowadza się zaledwie do kilku kliknięć.
Niektóre systemy bankowości internetowej nie wymagają potwierdzania przelewów zlecanych do zdefiniowanych odbiorców kodem jednorazowym. Wszystkie potwierdzenia wykonanych przelewów można pobrać ze strony w postaci pliku PDF lub XLS i zapisać na dysku lub wydrukować.
Zarządzaj pieniędzmi w internecie
Również inne operacje nie powinny nastręczać żadnych problemów. Bankowość internetowa może znacznie ułatwić zarządzanie własnymi finansami. Oszczędzający niewątpliwie docenią łatwość zakładania lokat, czy przelewania pieniędzy między własnymi rachunkami.
Założenie zwykłej lokaty terminowej jest bardzo proste i w zasadzie sprowadza się do kilku prostych czynności. Wystarczy odnaleźć zakładkę „Lokaty”, wybrać odpowiedni termin, zadeklarować kwotę i potwierdzić zdeponowania środków. Ponadto niektóre banki umożliwiają prowadzenie dodatkowych subkont, na które klient może sobie przelewać środki wedle własnego uznania, definiować ich nazwy (np. „Remont”, czy „Wakacje”). Także zarządzanie innymi produktami, np. rachunkiem oszczędnościowym jest znacznie łatwiejsze dla użytkowników bankowości internetowej. Mogą bowiem w każdej chwili wycofać zgromadzone oszczędności przelewając je na ROR. W każdym przypadku klient może na bieżąco monitorować stan swoich oszczędności.
Atuty bankowości internetowej doceniają także osoby spłacające kredyty oraz posiadacze kart kredytowych. System umożliwia bowiem podgląd aktualnego zadłużenia i przelewanie środków na konta kredytowe.
Wojciech Boczoń, Bankier.pl
Obsługa konta osobistego w systemie bankowości internetowej nie powinna przysparzać problemów nawet osobom rozpoczynającym swoją przygodę z komputerem. Cały proces jest intuicyjny i opatrzony odpowiednimi wskazówkami banku.
Obecnie już większość banków detalicznych oferuje swoim klientom możliwość obsługi rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego przez internet. Jest to rozwiązanie zyskujące coraz większe grono zwolenników. Doceniają oni wygodę, i 24-godzinny dostęp do konta, ale przede wszystkim znacznie niższe koszty poszczególnych operacji.
Posiadacze ROR-ów obsługiwanych do tej pory w oddziale mogą bez problemu aktywować elektroniczne kanały dostępu. Wystarczy wizyta w placówce i podpisanie aneksu do umowy o prowadzenie rachunku. Pracownik banku wyda odpowiednie dokumenty i poinstruuje, jak należy rozpocząć korzystanie z tego kanału dostępu do konta.
Zaloguj się do konta
Każdy bank udostępniający klientom usługi bankowości internetowej na swojej stronie WWW ma zakładkę „Logowanie”. To właśnie tam należy skierować swoje pierwsze kroki. Aby zalogować się do systemu bankowości internetowej należy podać identyfikator klienta oraz hasło. Identyfikator to numer nadawany przez bank każdemu klientowi. Hasło jest początkowo definiowane przez bank, ale po pierwszej wizycie w systemie klient jest proszony o wprowadzenie nowego, własnego hasła. Cały proces jest intuicyjny i wspomagany odpowiednimi komunikatami.
Po zalogowaniu się klient otrzymuje dostęp do centrum zarządzania swoimi finansami. Oprócz opcji związanych z obsługą rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego może także zarządzać innymi produktami z których korzysta. W systemie może zakładać lokaty, monitorować stan rachunku oszczędnościowego, czy kart kredytowych, nabywać jednostki funduszy inwestycyjnych i wykupować ubezpieczenia. Wszystkie operacje wykonuje się prosto i intuicyjnie.
Wykonaj przelew
Aby wykonać przelew wystarczy wybrać z listy odpowiednią opcję - przelew jednorazowy lub przelew dowolny. Następnie wyświetli się okienko, w którym należy uzupełnić odpowiednie informacje - numer rachunku odbiorcy, jego imię nazwisko (lub nazwę firmy), adres oraz tytuł przelewu i jego kwotę. Po wypełnieniu podstawowych operacji przechodzimy do kolejnego kroku - zatwierdzenia operacji kodem.
Banki wymagają, aby każda transakcja była potwierdzania specjalnym kodem. W tym celu wydają swoim klientom karty z kodami, lub karty zdrapki. Po wypełnieniu wspomnianych wyżej pól klient jest proszony o podanie kodu oznaczonego odpowiednim numerem. Coraz częściej banki stosują także kody SMS-owe. Wysyłają odpowiednie hasło bezpośrednio na numer telefonu komórkowego klienta. Cała operacja trwa zaledwie kilka sekund i klient otrzymuje kod niemal natychmiast. Część instytucji wydaje natomiast klientom małe urządzenie generujące takie kody - token.
Zdefiniuj odbiorców
Każdy system bankowości internetowej umożliwia zdefiniowanie stałych odbiorców płatności. Warto wprowadzić sobie firmy, czy osoby, do których regularnie zlecamy przelewy. Mogą to być operatorzy komórkowi, gazownia, czy spółdzielnia. Później opłacenie rachunku będzie sprowadzało się jedynie do uzupełnienia odpowiedniej kwoty i tytułu przelewu. Pozostałe dane będą już zapisane. Dzięki takiemu rozwiązaniu można zaoszczędzić czas i uniknąć ewentualnej pomyłki podczas wypełniania druku. Zlecanie przelewu do zdefiniowanego odbiorcy sprowadza się zaledwie do kilku kliknięć.
Niektóre systemy bankowości internetowej nie wymagają potwierdzania przelewów zlecanych do zdefiniowanych odbiorców kodem jednorazowym. Wszystkie potwierdzenia wykonanych przelewów można pobrać ze strony w postaci pliku PDF lub XLS i zapisać na dysku lub wydrukować.
Zarządzaj pieniędzmi w internecie
Również inne operacje nie powinny nastręczać żadnych problemów. Bankowość internetowa może znacznie ułatwić zarządzanie własnymi finansami. Oszczędzający niewątpliwie docenią łatwość zakładania lokat, czy przelewania pieniędzy między własnymi rachunkami.
Założenie zwykłej lokaty terminowej jest bardzo proste i w zasadzie sprowadza się do kilku prostych czynności. Wystarczy odnaleźć zakładkę „Lokaty”, wybrać odpowiedni termin, zadeklarować kwotę i potwierdzić zdeponowania środków. Ponadto niektóre banki umożliwiają prowadzenie dodatkowych subkont, na które klient może sobie przelewać środki wedle własnego uznania, definiować ich nazwy (np. „Remont”, czy „Wakacje”). Także zarządzanie innymi produktami, np. rachunkiem oszczędnościowym jest znacznie łatwiejsze dla użytkowników bankowości internetowej. Mogą bowiem w każdej chwili wycofać zgromadzone oszczędności przelewając je na ROR. W każdym przypadku klient może na bieżąco monitorować stan swoich oszczędności.
Atuty bankowości internetowej doceniają także osoby spłacające kredyty oraz posiadacze kart kredytowych. System umożliwia bowiem podgląd aktualnego zadłużenia i przelewanie środków na konta kredytowe.
Wojciech Boczoń, Bankier.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)