Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Firma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Firma. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 października 2008

Jak przygotować się na przyjęcie euro?

Rząd przyjął harmonogram wchodzenia Polski do strefy euro zakładający, że przyjęcie wspólnej waluty nastąpi 1 stycznia 2012 roku. W opinii Expandera już dziś należy uwzględnić ten fakt w decyzjach finansowych, dotyczących zarówno oszczędzania, jak i zaciągania kredytów.

„Intencją rządu jest, aby w 2011 roku Polska spełniła nominalne kryteria konwergencji, co będzie świadczyć o osiągnięciu przez naszą gospodarkę dojrzałości niezbędnej do udziału w europejskim obszarze jednowalutowym - czytamy w komunikacie po dzisiejszym posiedzeniu rządu. „Pozwoli to (...) na przyjęcie przez nasz kraj wspólnej waluty europejskiej 1 stycznia 2012 roku". Taki harmonogram jest następstwem procedur związanych z przyjęciem euro.

Jak wygląda procedura wejścia do strefy euro?


Polska składa wniosek o wstąpienie do ERM2. Może w nim przedstawić opinię dotyczącą kursu centralnego. Wysokość tego kursu ostatecznie ustalają jednak ministrowie finansów państw strefy euro i ERM2, EBC i banki centralne państw należących do ERM2. Te same podmioty decydują o szerokości pasma wahań w ERM2. Z Traktatu Akcesyjnego wynika, że w ERM2 powinniśmy być minimum 2 lata przed sporządzaniem przez EBC i Komisję raportów o konwergencji, w których zawarta będzie ocena wypełnienia kryteriów z Maastricht przez Polskę. S tandardowo raporty sporządzane są co 2 lata, ale na wniosek państwa może on powstać wcześniej. Jeżeli Komisja Europejska jest za przyjęciem euro przez Polskę, do raportu o konwergencji dołącza wniosek o wprowadzenie euro. Wniosek opiniuje Rada Europejska (szefowie 27 państw UE) oraz Parlament Europejski. Ostateczną decyzję o tym, czy Polska może wprowadzić euro, kiedy i po jakim kursie podejmuje Rada Ecofin (ministrowie finansów 27 państw członkowskich). W 1998 r. Rada Ecofin podjęła decyzję wprowadzenia euro w 11 państwach UE, nie zgodziła się jednak na przyjęcie euro przez Grecję. Nastąpiło to dopiero 2 lata później. Raczej nie wydaje się prawdopodobne, aby data przyjęcia euro przez Polskę została ustalona na inny dzień niż 1 stycznia. Zmiana waluty w trakcie roku obrotowego byłaby bowiem bardzo skomplikowanym, o ile w ogóle wykonalnym, zadaniem dla przedsiębiorstw z punktu widzenia ksiąg rachunkowych.

Co będzie się działo z naszymi oszczędnościami i kredytami do momentu wejścia do strefy euro i w chwili zamiany waluty ze złotego na euro?


Zacznijmy od wyjaśnienia, czy musimy wchodzić do unii walutowej. Odpowiedź brzmi - tak. Zobowiązaliśmy się do tego, zgadzając się zostać członkiem Unii Europejskiej. Oczywiście, w unii są kraje, które do strefy euro nie należą. Część z nich: Wielka Brytania, Szwecja, Dania dostały od UE zgodę na odłożenie momentu przyjęcia wspólnej waluty. Inne kraje - nowi członkowie UE, w tym Polska - mogą wejść do unii walutowej dopiero wtedy, gdy spełnią warunki określone w tzw. traktacie z Maastricht.

Te warunki to:
- deficyt finansów publicznych (czyli nadwyżka wydatków nad dochodami budżetu państwa, ale też budżetów samorządów i wszelkich agend państwa) nieprzekraczający 3 proc. PKB. W przypadku Polski w ubiegłym roku ten deficyt wyniósł 2,0 proc. PKB;
- dług publiczny (czyli pozostające do spłaty zobowiązania budżetu centralnego oraz samorządów, jak obligacje, pożyczki, itp.) nieprzekraczający 60 proc. PKB. Polska w końcu 2007 r. miała zadłużenie odpowiadające 45,2 proc. PKB;
- wzrost cen nieprzekraczający średniej dla trzech państw UE o najniższej inflacji powiększonej o 1,5 punktu procentowego. Pod uwagę bierze się inflację wyliczaną przez Eurostat - unijne biuro statystyczne w oparciu o jego własną metodologię. Ponadto uwzględnia się tzw. średnioroczną inflację (czyli średnią roczną inflację z ostatnich 12 miesięcy). We wrześniu trzema unijnymi krajami o najniższej inflacji były Holandia (2,1 proc.), Portugalii (2,9 proc.) i Niemcy (3,1 proc.), stąd kryterium inflacyjne wynosiło 4,2 proc. Właśnie taka była średnioroczna inflacja w Polsce;
- długoterminowe stopy procentowe (chodzi o rentowność 10-letnich obligacji rządowych) nieprzekraczające średniej dla trzech krajów o najniższej inflacji, powiększonej o 2 pkt proc. Po ostatnim gwałtownym wzrośnie rentowności polskich obligacji różnica między Polską i krajami o najniższej inflacji wynosi ok. 2,8 pkt. proc. Oceniając wypełnienie kryterium KE i EBC będą jednak patrzeć na poziomy stóp w dłuższym okresie;
- kurs waluty (w naszym wypadku złotego) przez dwa lata musi przechodzić test w tzw. ERM2 - mechanizmie wymyślonym przez Unię Europejską i przygotowującym do przyjęcia euro. Test polega na tym, by waluta kraju, który chce wejść do strefy euro nie osłabiła się wobec euro o więcej niż 2,25 proc., a jednocześnie nie umocniła się o więcej niż 15 proc. od centralnego parytetu, który będzie ustalony wspólnie przez stronę polską (resort finansów i bank centralny) oraz unijną przed wejściem do ERM2. Tego warunku Polska nie miała jeszcze okazji spełniać. UE udowodniła już, że zgadza się na większe umocnienie, pozwalała bowiem na rewaluację, czyli podniesienie kursu parytetowego walut niektórych krajów będących w ERM2, ostatnio Słowacji.

Już sama konieczność spełnienia kryteriów z Maastricht będzie miała konsekwencje dla naszych finansów

Warto zdawać sobie sprawę z tego, że ostatni wymóg - dotyczący kursu sprawia, że w ERM2 raczej nie należy się spodziewać osłabienia złotego (chyba, że inwestorzy przestaną wierzyć, że Polska wejdzie do strefy euro i dokonają ataku spekulacyjnego na złotego, który zostanie zakończony sukcesem i doprowadzi do „wypadnięcia" naszego kraju z unijnego mechanizmu). Należy nastawiać się raczej na jego umocnienie. Będzie to związane m.in. z faktem, że z punktu widzenia inwestorów w miarę zbliżania się momentu wejścia do strefy euro Polska będzie zyskiwać na wiarygodności. Zagraniczni gracze będą coraz chętniej kupować nasze aktywa (przede wszystkim obligacje skarbowe), a żeby to zrobić, będą musieli wymienić swoją walutę na złotego, zwiększając na niego popyt na rynku. Słowacja, która przyjmie euro 1 stycznia 2009 r. była zmuszona podnieść z tego powodu kurs parytetowy korony względem euro.

Zakupy przez zagranicznych inwestorów mogą być tym większe, że Rada Polityki Pieniężnej, by doprowadzić do spełnienia kryterium inflacyjnego, będzie zapewne zmuszona do prowadzenia ostrzejszej polityki (czyli wolniejszego obniżania stóp) niż gdyby perspektywa euro była bardziej oddalona. Jednak, gdy nabierzemy pewności, że Polska zostanie przyjęta przez stronę unijną do strefy euro, stopy procentowe - nawet, jeśli będą relatywnie wysokie - szybko zostaną obniżone. W momencie zamiany złotego na euro nie powinno być już bowiem żadnej różnicy w wysokości stóp (przynajmniej tych krótkoterminowych, od których jest uzależnione oprocentowanie depozytów i kredytów) w Polsce i strefie euro.

W dłuższym terminie niższe oprocentowanie lokat bankowych

Posiadacze depozytów bankowych nie powinni spodziewać się szczególnych zmian ani w czasie dochodzenia przez Polskę do strefy euro, ani już wówczas, gdy nasz kraj stanie się członkiem unii walutowej. Wysokość oprocentowania jest uzależniona od poziomu stóp oficjalnych, ale w większym stopniu na oferowane przez banki stawki oprocentowania ma wpływ sytuacja na rynku bankowym i kapitałowym, czyli poziom konkurencji oraz zapotrzebowanie na finansowanie akcji kredytowej. Warto przy tym zdawać sobie sprawę, że po wejściu Polski do strefy euro nasze banki powinny mieć znacznie większe niż dotychczas możliwości pożyczania pieniędzy od instytucji finansowych w krajach Europy Zachodniej, ponieważ nasz rynek międzybankowy stanie się częścią rynku strefy euro. Trzeba jednak podkreślić, że dziś banki generalnie nie są skłonne do pożyczania sobie pieniędzy. Konsekwencją włączenia naszego rynku międzybankowego do rynku strefy euro może być jednak „uodpornienienie się" krajowych banków na wymagania ich polskich deponentów i pogorszenie atrakcyjności lokat bankowych.

Na oprocentowanie lokat złotowych będą też mieć decyzje Rady Polityki Pieniężnej, która będzie mieć dodatkowo na uwadze to, aby inflacja mieściła się poniżej kryterium z Maastricht. Rozpoczynając oczekiwany cykl obniżek stóp procentowych RPP będzie zmuszona działać ostrożniej niż w przypadku, gdyby Polska nie wchodziła do strefy euro. Jeszcze przed wejściem Polski do strefy euro (możliwe, że tuż przed „godziną zero", ale też niewykluczone, że na miesiące wcześniej) stopy procentowe w Polsce powinny obniżyć się do poziomu obowiązującego w strefie euro. To oznacza, że oprocentowanie depozytów w złotych powinno osiągnąć wówczas poziom zbliżony do stawek, jakie nasze banki będą proponować w tym momencie za lokaty w euro. Obecnie główna stopa NBP wynosi 6 proc., a Europejskiego Banku Centralnego 3,75 proc.

Oczekiwanie na obniżkę stóp procentowych to z kolei argument za rozpoczęciem inwestycji w obligacje skarbowe bezpośrednio lub poprzez fundusze. Można spodziewać się, że po tym, jak rentowność polskich obligacji 5-letnich osiągnęła w ostatnich dniach poziom 7,6 proc., trend wzrostowy ulegnie zmianie. Wysokość odsetek płaconych przez banki za lokaty walutowe zależy w głównej mierze od poziomu stóp procentowych (oficjalnych i rynkowych) obowiązujących w kraju, w którego walucie założony jest depozyt. Każdy z przypadków należy rozpatrywać osobno. W Polsce najpopularniejszymi walutami lokat są amerykański dolar, euro (które ponad 10 lat temu zastąpiło markę niemiecką), a ostatnio - dzięki masowym wyjazdom Polaków na Wyspy Brytyjskie - również funt.

To, jak bardzo opłacalny (lub nie) okaże się depozyt w walucie obcej, zazwyczaj w znacznie większym stopniu niż od jego oprocentowania zależy od tego, jak zachowuje się waluta lokaty w stosunku do złotego. Tymczasem w okresie poprzedzającym wejście Polski do strefy euro należy spodziewać się umocnienia złotego. Powstaje jednak pytanie, jak nisko w dół kurs złotego zostanie sprowadzony na obecnej fali spadkowej, zanim zacznie się ponownie umacniać. Dziś można przewidywać, że kurs euro/zloty tuż przed wejściem do strefy euro będzie niższy niż obecnie, ale nie znacząco niższy. Wydaje się, że posiadacze lokat walutowych powinni jeszcze zyskać na osłabieniu złotego, ale później korzystniejsze będzie oszczędzanie w złotych. Czy możliwa jest odwrotna sytuacja - że złoty w okresie pobytu w ERM2 straci na wartości i posiadacz depozytu walutowego zarobi więcej niż tylko na odsetkach? Wtedy, gdy złoty będzie przebywał w mechanizmie kursowym ERM2, może oczywiście dojść do próby spekulacji na spadek wartości naszej waluty. Nie potwierdzają tego jednak doświadczenia krajów, które w ostatnich latach wchodziły do strefy euro - takich ataków nie było. Warto też pamiętać o tym, że banki centralne krajów chcących wejść do strefy euro nie mogą pozwolić na spadek wartości swojej waluty o więcej niż 2,25 proc. w stosunku do kursu parytetowego (w przypadku złotego, gdyby parytet do euro wynosił 3,50 zł, najniższy możliwy kurs wynosiłby 3,5789 zł w stosunku do euro). Warto posłużyć się przykładem Słowacji, która przyjmuje euro 1 stycznia przyszłego roku. W ostatnich tygodniach, gdy złoty i inne waluty państw naszego regionu mocno traciły na wartości, słowacka korona zachowywała się stabilnie.

Co stanie się po naszym wejściu do strefy euro? Ci, którzy wcześniej będą mieli lokaty w złotych, automatycznie staną się posiadaczami depozytów eurowych. Zmiana nie będzie wymagała od nich wizyty w banku ani składania żadnej dyspozycji choćby przez telefon. Z punktu widzenia posiadaczy lokat w walutach obcych nie zmieni się zupełnie nic. Depozyt w dolarach nadal będzie depozytem w dolarach. Podobnie z lokatą w euro z tym, że od momentu wejścia Polski do strefy euro o takiej lokacie nie będzie się już mówić jako o walutowej.

Dla kredytobiorców kluczowe zmiany kursowe

Osoby dziś zaciągające kredyt mogą zarobić lub stracić w okresie dochodzenia Polski do strefy euro, głównie w zależności od tego, jaką walutę kredytu wybiorą. Biorąc pod uwagę obecną tendencję spadkową złotego można oczekiwać, że raty kredytów walutowych nadal będą rosły, a następnie, w miarę zbliżania się terminu wejścia do strefy euro zaczną ponownie maleć. W efekcie przed styczniem 2012 r., mogłyby być nieco niższe niż obecnie. Dla kredytu na 300 tys. zł zaciąganego dziś na 30 lat (25 proc. wkładu własnego), rata w przypadku kredytu w złotych wynosi 2222 zł, a w przypadku kredytu we frankach 1726 zł. Do tego, aby raty te zrównały się konieczny jest wzrost kursu CHF/PLN do ok. 3,39.

Oprocentowania kredytów we frankach powinno pozostać niższe niż dla kredytów w złotych, aczkolwiek w przypadku tych drugich należy oczekiwać spadku wysokości raty w wyniku obniżek stóp procentowych w Polsce. Dodatkowo można zakładać, że w miarę uspokajania obecnych napięć na rynku finansowym, banki będą też skłonne obniżać marże kredytowe. Kredytobiorcy wybierający kredyt walutowy muszą pamiętać, że cały czas będą narażeni na ryzyko kursowe. Chociaż złoty będzie się wahał w określonym przedziale, to ryzyko teoretycznie może być nawet większe niż obecnie, gdy kurs naszej waluty jest wolny. Dlaczego? Gdyby zdarzyło się, że złoty wypadnie z pasma wahań w mechanizmie ERM2, inwestorzy stracą zaufanie do naszego kraju i wówczas możemy mieć do czynienia z bardzo dużym spadkiem notowań naszej waluty.

Stabilny frank

Pamiętajmy, że kredyty dewizowe mogą być faktycznie zaciągane w różnych walutach. Najprostszy jest przypadek pożyczki w euro. Tu bowiem różnica w stopach procentowych nawet jeśli początkowo się powiększy, to potem będzie się zacierać. Kurs złotego powinien zaś zmierzać w stronę parytetu ustalonego przez władze nasze i UE (chyba, że dojdzie do jego rewaluacji, ale na tym kredytobiorcy będą zyskiwać).

Bardziej skomplikowana jest sytuacja osób zaciągających kredyty we frankach szwajcarskich czy jenach. W tych wypadkach najwięcej będzie zależało od tego, jak te waluty będą zachowywać się w stosunku do euro. W przypadku jena zmienność jest duża. W latach 1999-2008 (dane do lipca br.) średnia miesięczna zmiana kursu japońskiej waluty w stosunku do euro wynosiła 2,3 proc. (złoty w tym czasie tracił bądź zyskiwał wobec euro średnio 2,1 proc. miesięcznie). Natomiast wahania franka szwajcarskiego wobec euro to przeciętnie niespełna 1 proc. Jednocześnie przez niemal dziesięć lat (czyli blisko 2,5 tysiąca dni) od startu strefy euro miesięczna zmiana kursu franka do euro tylko 670 razy przekroczyła 1 proc. Tylko - bo w przypadku jena do euro poziom jednoprocentowej zmiany w ciągu miesiąca był przekroczony 1770 razy, a w przypadku kursu złotego wobec euro - 1800 razy. Wnioski? Jeśli mamy wybierać między frankiem a jenem, mniej nieprzespanych nocy będzie nas kosztował ten pierwszy (oczywiście, o ile jego kurs będzie się zachowywał podobnie do tego, co miało miejsce w ostatnich dziesięciu latach).

Zamiana kredytu po 1 stycznia

Co stanie się z kredytami w momencie wejścia Polski do unii walutowej? Jeśli będziemy w tym momencie posiadaczami pożyczki w euro nie odczujemy żadnej zmiany, a jedynie ustalony zostanie poziom naszego zobowiązania w odniesieniu do np. naszych zarobków. Jeśli kredyt będzie denominowany we frankach szwajcarskich bądź w jenach, nadal będziemy spłacać kredyt walutowy, tyle że przewalutowanie comiesięcznych rat nie będzie się odbywało na linii, powiedzmy, złoty-frank, a euro-frank.

Problemy z zaokrągleniem

Chwila wejścia Polski do strefy euro i zamiany złotego na unijny pieniądz będzie miała jednak konsekwencje daleko wykraczające poza deponentów i kredytobiorców. Najważniejszą kwestią jest to, czy po wejściu Polski do strefy euro należy obawiać się wzrostu cen, czy też nie. Źródłem wzrostu cen miałyby być zaokrąglenia cen przy przeliczaniu ich ze złotych na euro. Analizy ekonomistów (również niedawne prace prowadzone w Narodowym Banku Polskim) wskazują, że ten efekt raczej nie będzie duży. Inna sprawa, że będzie dotykał przede wszystkim cen tych towarów, które kupujemy najczęściej (jak żywność). Dlatego „inflacja odczuwana" przez konsumentów może być wyższa niż faktyczny wzrost poziomu cen.

Zastąpienie w naszych portfelach złotego przez euro będzie rodziło jeszcze inne problemy w codziennym życiu Polaków. Na przykład, jaka powinna być wysokość napiwku w barze albo restauracji. Albo - co wrzucić „na tacę" podczas niedzielnej mszy. Czy to tylko wymyślony problem? Ci, którzy dziś dają księdzu 10 zł po wejściu do strefy euro powinni dać niespełna 2,7 euro (przy założeniu, że kurs zamiany euro na złotego byłby na poziomie 3,72). Problem w tym, że takiej monety nie ma. Do wyboru będzie 2 euro albo 5 euro jako jedna moneta, lub 3 euro jako dwie monety. Każda parafia może więc co niedzieli „tracić" 25 proc. dotychczasowych wpływów albo też powiększyć je np. o 85%. Na rozstrzygnięcie tej kwestii mamy jednak jeszcze ponad trzy lata.

Zespół Analiz Expandera

czwartek, 23 października 2008

System PekaoFIRMA24

Ponad 90 000 klientów korzysta z bankowości elektronicznej PekaoFIRMA24 - systemu bankowości internetowej Banku Pekao SA dedykowanego dla segmentu małych i średnich firm.

System PekaoFIRMA24 został udostępniony klientom w czerwcu 2008 r. Jest to unikalna na rynku polskim usługa bankowości internetowej zbudowana z myślą o klientach z segmentu małych i średnich firm. Ponad 120 000 użytkowników realizuje dziennie ponad 68 tysięcy transakcji. Logowanie do systemu PekaoFIRMA24 oddzielono od rachunku indywidualnego, zastosowano mechanizmy zapewniające najwyższy standard bezpieczeństwa zarówno podczas logowania, jak i autoryzowania transakcji.

„Klienci z segmentu małych i średnich firm wymagają coraz bardziej zaawansowanych technologicznie narzędzi do zarządzania finansami firmowymi. System PekaoFIRMA24 to odpowiedź Banku Pekao SA na specyficzne potrzeby tej grupy Klientów. Cieszymy się bardzo, że liczba firm aktywnie korzystających z PekaoFIRMA24 wzrasta. Systematyczny rozwój i wdrażane modyfikacje w PekaoFIRMA24 znajdują uznanie wśród naszych klientów z segmentu małych i średnich firm – powiedział Bartłomiej Nocoń, dyrektor Departamentu Bankowości Elektronicznej w Pionie Bankowości Indywidualnej i Biznesowej Banku Pekao SA.

Klienci PekaoFIRMA24 realizują nie tylko zlecenia standardowe, takie jak przelewy krajowe i zagraniczne, ale korzystają także z bardziej zaawansowanych funkcjonalności wyróżniających system na rynku. Są to np. import i eksport plików, możliwość generowania skomplikowanych raportów finansowych wg potrzeb firmy, autodealing, czyli zlecanie przelewów zagranicznych z preferencyjnym kursem walutowym. Korzystają także z funkcji umożliwiających wielostopniową akceptację zleceń przez kilka osób łącznie.

Potwierdzeniem tego, że PekaoFIRMA24 spełnia najwyższe standardy rynkowe jest tytuł – Europrodukt 2008 otrzymany w październiku br, zaledwie kilka miesięcy od uruchomienia systemu.

Potencjał rozwoju usług bankowości internetowej w Polsce jest ogromny. Według danych Związku Banków Polskich obecnie w Polsce z bankowości elektronicznej korzysta tylko 6,1 mln osób, podczas gdy dostęp do rachunku przez Internet posiada 11 mln klientów banków. Do roku 2010 liczba aktywnych użytkowników ma wzrosnąć do ok. 10 mln.

środa, 15 października 2008

Zdolność kredytowa w czasach kryzysu?

W czasach, gdy na rynkach finansowych zawrotną karierę robi słowo „kryzys”, kredytobiorcy tracą swój optymizm. Łatwe do udźwignięcia raty kredytowe z reklam banków, szczególnie tej z kredytu hipotecznego, stają się coraz bardziej dolegliwe. Teoretycznie banki udzielając klientom kredytu o tak dużej wartości, na długi okres czasu powinny przewidzieć możliwą recesję i spadek dochodów, ale z ewentualnymi problemami w spłacie już kredytobiorca musi poradzić sobie sam. Jak więc ratować zdolność kredytową?

Tradycyjnie liczenie zdolności kredytowej bazuje w bankach na dość skomplikowanych metodach statystycznych,
niemniej jednak zawsze cel jest ten sam. Bankowcy próbują po prostu ustalić, czy dany klient będzie w stanie spłacać z miesiąca na miesiąc ratę kredytu. Sęk w tym, że jeśli weźmiemy kredyt na 20-30 lat, to w tym czasie może zdarzyć się wszystko. Od zdarzeń losowych, po problemy finansowe, czy też kłopoty gospodarcze całego kraju. A po podpisaniu umowy kredytobiorca zostanie sam na sam z terminową spłatą kredytu. Czy można w jakiś sposób zagwarantować sobie zdolność kredytową? Wbrew pozorom nie jest to zbyt trudne, jednak zwiększa koszty kredytowania. Takim rozwiązaniem jest np. ubezpieczenie przed bezrobociem, co może pozwolić przetrwać okres pomiędzy utratą pracy i znalezieniem kolejnej posady. Polisa tego rodzaju nie jest jednak bezwarunkowa. Przede wszystkim wypłata ewentualnego świadczenia ograniczona jest do kilku miesięcy, więc nie chroni przed długotrwałym bezrobociem. Dużo ważniejsze może być posiadanie ubezpieczenia na życie. O ile, bowiem z utratą pracy można sobie jeszcze poradzić, to przeciwności losu już mogą nam uniemożliwić spłacenie kredytu. Wypadki, utrata zdrowia, a czasami i życia przez jedno ze współkredytobiorców jest nie tylko wielkim bólem, ale też wpędza najbliższych w duże problemy finansowe. Koszt właściwej polisy ubezpieczeniowej w relacji do wartości kredytu i możliwych szkód będzie po prostu niewielki. Będzie to niska cena za spokój. Na szczęście najtrudniejsze sytuacje zdarzają się jednak na tyle rzadko, że raczej powinniśmy zainteresować się tym, jak podołać spłacie kredytu na bieżąco.

Jak więc odpowiedzieć sobie w prosty sposób, na jaki kredyt nas stać? Na rynku amerykańskim, który jest dużo bardziej rozwinięty niż nasz, i gdzie udziela się o wiele, wiele więcej kredytów szacuje się, że bezpieczny poziom raty, to taki, który nie przekracza jednej trzeciej dochodów rozporządzalnych. Czyli zarabiając na rękę 2400 zł miesięcznie byłoby to 800 zł, a dla przykładowo 3000 zł byłoby to już 1000 zł. Sądzi się też, że bezpieczny poziom długu to dwu-trzykrotność dochodów rocznych brutto. W polskich warunkach przy zarobkach 5000 zł brutto miesięcznie byłoby to 150000 zł. Banki dziś oczywiście dają więcej kredytu przy takich dochodach, bo liczą, że dochody polskiego społeczeństwa będą szybko wzrastały. Potwierdza to wzrost wynagrodzeń. Takie założenie może być jednak niebezpieczne, szczególnie przy zaciąganiu kredytów mieszkaniowych, które udzielane są na długie terminy. Planowanie finansowe w takich warunkach budżetu domowego nie będzie już li tylko pustym sloganem. W prosty sposób można zapewnić sobie stabilność i bezpieczeństwo finansowe, dysponujące nawet relatywnie niskimi dochodami świadomie gospodarując środkami i przestrzegając kilku prostych i łatwych zasad.

Zalecanie dyscypliny wydatków wydaje się truizmem, ale istnieje kilka prostych sposobów na ich ograniczenie. Przede wszystkim warto dokładnie je planować, a środki, jakimi dysponujemy dzielić na budżety. Warto zastanowić się i spisać wszystkie wydatki stałe w danym miesiącu i dla nich zablokować środki na rachunku bankowym. Jednocześnie zastanawiając się, które grupy wydatków możemy obniżać. Ustalamy również bieżącą wysokość zobowiązań finansowych, w tym oczywiście kredytu hipotecznego. Jeśli nasze zobowiązania są zróżnicowane należałoby się zastanowić nad ich konsolidacją. Konsolidowanie długu i obniżanie kosztów finansowanie będzie stanowić ważny element strategii domowego budżetu. Jeśli spłacamy kredyt konsumpcyjny, samochodowy lub korzystamy z limitu w karcie kredytowej na pewno są one wyżej oprocentowane niż kredyt hipoteczny. Można w takim wypadku podwyższyć sumę kredytu hipotecznego w części z dowolnym celem i dzięki temu spłacić pozostałe, droższe w obsłudze zobowiązania. Obniży to koszty i pozwoli też lepiej kontrolować wydatki. Jedna wysoka rata działa też bardziej mobilizująco na kredytobiorcę niż wiele, ale drobnych kwot, które pozornie wydają się łatwiejsze do udźwignięcia. Iluzja niskich rat, co zresztą często jest wykorzystywane w reklamach, niejednego już kredytobiorcę wpędziła w kłopoty.

Po podzieleniu środków pozostałą kwotę do dyspozycji dzielimy również na części i również blokujemy na rachunku, Np. zakładając krótkoterminowe lokaty, aby środki nie były łatwo dostępne. Pozwoli nam to ochronić się przed niepotrzebnymi, impulsywnymi zakupami i wydatkami. Na zakupy warto wybierać się z odliczoną kwotą środków w postaci gotówki lub korzystając z ograniczonego salda w koncie. Niewielka ilość gotówki na drobne, kompulsywne zakupy oczywiście jest dopuszczalna, ale kluczem do porządku w budżecie domowym jest właśnie ograniczanie dostępności łatwego pieniądza. Takie świadome zarządzanie środkami pozwoli nam lepiej przetrwać trudne czasy. W miarę możliwości dobrym rozwiązaniem są również próby gromadzenia pewnych, nawet minimalnych oszczędności. Robiąc drobne, ale systematycznie oszczędności zabezpieczymy się przed niespodziankami. Tworzenie oszczędności, które będą stanowić rezerwę, gdy np. kredyt będzie droższy lub nasze dochody w przyszłości mogą się zmniejszyć, pozwoli na łagodne przejście przez ewentualne problemy z płynnością finansową. Oczywiście zgromadzone tą drogą oszczędności mogą być też wykorzystane w późniejszym czasie do wcześniejszej spłaty kredytu, gdy nasza sytuacja finansowa ulegnie stabilizacji.

Do bardziej radykalnych i systemowych sposobów poprawy stanu własnego budżetu zaliczylibyśmy już takie działania, jak świadome ograniczanie konsumpcji, czy zastępowanie droższych produktów, tańszymi. Wbrew pozorom do pewnego zakresu jest to możliwe bez znaczącej utraty ich funkcjonalności. Korzystając z dużej konkurencji na rynku można rzeczywiście obniżyć koszty życia, bez obniżania drastycznie jego standardu. Działania kredytobiorcy mogą też zmierzać do powiększania swojej siły dochodowej. Zastanowienie się nad swoją drogą zawodową, próby poszukiwania lepiej płatnej pracy, bardziej aktywne zachowania na rynku pracy pozwolą na powiększenie naszych dochodów. Kolejną sprawą jest bilans posiadanych aktywów. Być może nie potrzebujemy np. dwóch samochodów w rodzinie, ale również np. niektórych urządzeń. Dzięki dostępności i taniości aukcji internetowych być może za czasami nawet niewiele warte rzeczy, które są dla nas zbędne można uzyskać całkiem sensowne pieniądze.

I na sam koniec pozostaje nam pozostaje jeszcze „wiara i optymizm”, że damy sobie radę. Chcieć to móc mówi przysłowie, więc warto zawsze być nastawionym pozytywnie, ale takie nastawienie nie powinno eliminować poczucia odpowiedzialności za budżet domowy. W przypadku jakichkolwiek wątpliwości, co do własnych możliwości finansowych, umiejętności należy zawsze szukać profesjonalnej porady u osób znających realia finansów. I jeśli nawet pojawiają się kłopoty, nie załamywać rąk, tylko szukać rozwiązań w porozumieniu z bankiem. Częstym błędem kredytobiorców mających trudności ze spłatą kredytu jest oczekiwanie na cud. Brnięcie w długi licząc na odwrócenie złej passy. Niestety takie podejście zawsze kończy się źle, a gdy do drzwi puka komornik jest już za późno. Pamiętając o kilku prostych zasadach i odpowiednio wcześniej przygotowując się na trudne czasy, mając za oręż zdrowy rozsądek, żaden kryzys nie będzie nam już straszny.

Dr Bogusław Półtorak / Główny Ekonomista Bankier.pl S.A.

Analiza na światowych rynkach

Czy leci z nami pilot?

Początek tygodnia przyniósł gwałtowną i kolosalną wręcz zmianę nastrojów na światowych rynkach. Inwestorzy, którzy jeszcze w piątek wyzbywali się akcji na potęgę, zmienili swoje zapatrywanie na rynek o 180 stopni, a fala wzrostów, która zalała światowe parkiety była rekordowo wysoka. W poniedziałek już w trakcie azjatyckiej części handlu indeks MSCI Asia Pacific (okrojony o świętującą tego dnia Dzień Zdrowia i Sportu Japonię) wzrósł o 7,44 proc., a potem było już tylko lepiej. Paneuropejski DJ Stoxx 600 zakończył sesję na 9,87 proc. plusie, najwyższym w historii, a następnie najpotężniejszy od 1939 r. wzrost zanotował amerykański S&P500, zyskując 11,58 proc. i przebijając w górę psychologiczną barierę 1000 pkt. Dziś znowu mamy powtórkę z rozrywki. Kolejny po MSCI Asia Pacific benchmark dla regionu Azji i Pacyfiku, czyli DJ Stoxx Asia Pacific 600 skoczył o 10,5 proc. (stan na godz. 9:00), a japoński indeks Nikkei 225 zwyżkował najsilniej w historii, bo aż o 14,15 proc. We wtorek w Europie też nie najgorzej, bo o godz. 10:40 DJ Stoxx 600 rósł o 4,81 proc.

Powód tak gigantycznych wzrostów jest tylko jeden, ale za to jak ważny. Inwestorzy w końcu uwierzyli nie tylko w to, że rządy i banki centralne na całym świecie zrobią dosłownie wszystko, aby zwalczyć obecny kryzys i dać w ten sposób pośrednio odetchnąć słabnącej gospodarce, ale też w to, że te masowe działania w końcu przyniosą pożądany skutek. Wszystko zaczęło się tak naprawdę w sobotę, kiedy to ministrowie finansów oraz szefowie banków centralnych siedmiu najbogatszych państw świata (G7) we wspólnym oświadczeniu zgodzili się, że obecna sytuacja wymaga niezwłocznych i nadzwyczajnych działań. Dzień później państwa członkowskie strefy euro przyjęły w Paryżu plan ratowania banków, obejmujący m.in. gwarancje dla pożyczek międzybankowych oraz ochronę banków przed bankructwem poprzez ich dekapitalizację. Na wynik tych obu spotkań nie trzeba było długo czekać. W poniedziałek praktycznie z każdego zakątka Europy spływały co chwila informacje o tym, że konkretne kraje (w tym Wielka Brytania, Niemcy, Francja) wykładają na stół ogromne ilości środków finansowych, które mają być przeznaczone na zwiększenie gwarancji i dokapitalizowanie instytucji finansowych, lub jak kto woli na nabycie w nich udziałów. Co więcej także wczoraj dokładnie o godz. 9:00 rano pojawiła się informacja Fed, że Bank Anglii, Europejski Bank Centralny oraz Bank Szwajcarii udostępnią instytucjom finansowym nieograniczoną ilość funduszy w dolarach, przeprowadzając aukcje krótkoterminowych stałooprocentowanych 7, 24 i 84 dniowych pożyczek oraz to, że podobne działania rozważa także Bank Japonii. Jakby tego było mało to dziś napłynęły doniesienia o tym, że administracja Busha zainwestuje 125 miliardów dolarów w uprzywilejowane akcje dziewięciu największych amerykańskich banków (Citigroup, Goldman Sachs, Wells Fargo, JPMorgan Chase, Bank of America, Merrill Lynch, Morgan Stanley, State Street, Bank of New York Mellon), co oczywiście jest częścią przyjętego nie tak dawno temu Planu Paulsona. Konferencja prasowa w tej sprawie ma się odbyć jeszcze dziś o godz. 14:30 czasu polskiego.

Zdecydowana poprawa nastrojów na rynku akcji i wiążące się z tym nadzieje na uratowanie światowej gospodarki znalazły też swoje natychmiastowe odbicie w rynkach towarowych. W poniedziałek indeks Reuters/Jefferies CRB wzrósł o 3,04 proc., a w USA listopadowe kontrakty terminowe na ropę na Nymexie poszły w górę o 4,49 proc. (81,19 USD/bar.), a te grudniowe na miedź skoczyły o 7,83 proc. W dół o 0,98 proc. zapikowały za to grudniowe futuresy na złoto. Dziś trend ten jest kontynuowany, tyle że do grona zwyżkujących dołączyło także nieśmiało, ale jednak, złoto. O godz. 10:40 kontrakty na ropę rosły o 3,13 proc. (83,73 USD/bar.), te na miedź o 5,21 proc., a te na złoto o 0,71 proc.

W poniedziałek na krajowym rynku akcyjnym w ślad za wspaniałą atmosferą na Zachodzie rynek otworzył się bardzo dobrze. Wszystkie główne indeksy GPW rozpoczęły sesję od silnych wzrostów i można by rzec, że inwestorzy zapomnieli o kolosalnej wyprzedaży do której doszło w trakcie piątkowego handlu, kiedy to indeks WIG20 zniżkował w ciągu dnia nawet o 13,5 proc. (1874,53 pkt) i znalazł się na najniższym poziomie od maja 2005 r. W rezultacie rano indeks WIG20 rósł nawet o 3,51 proc. (2001,5 pkt). Potem niestety było już tylko gorzej, a dzień skończyliśmy odpowiednio na +1,19 proc. (WIG20 2015,39 pkt) i +1,65 proc. (WIG). Tak nikłe zwyżki były niczym, przy tym co w tym samym czasie (16:30) działo się na Zachodzie i w USA, gdzie indeks DJ Stoxx 600 zyskiwał 7,09 proc., a S&P500 rósł o 5,26 proc. Pytanie o to dlaczego tak się stało, pozostaje jednak bez odpowiedzi. Choć dziś uczestnicy warszawskiego rynku w końcu się obudzili i o godz. 10:40 indeks WIG20 zwyżkował o 4,84 proc. (2112,91 pkt), a indeks WIG rósł o 4,59 proc., to nie ma co ukrywać, że straconej wczoraj szansy na większą aprecjację po prostu szkoda.

Poprawa nastrojów na świecie oraz większa chęć do ryzyka ze strony inwestorów zagranicznych pomogła także złotemu. Po fatalnej piątkowej sesji, kiedy to cena dolara skoczyła nawet do 2,6886 (była najwyższa od września 2007 r.), cena euro wzrosła do 3,6392 (była najwyższa od stycznia br.), a dzień zakończył się odpowiednio przy 2,6460 (+2,47 proc.) i 3,5612 (+1,23 proc.), w poniedziałek inwestorzy przystąpili do zakupów naszej waluty. Kurs USD/PLN spadł wczoraj do 2,6222 (-0,90 proc.), a kurs EUR/PLN zniżkował do 3,5416 (-0,55 proc.). Dziś złoty zyskuje jeszcze mocniej. O godz. 10:40 cena dolara idzie w dół o 2,60 proc. do 2,5540, a cena euro zniżkuje o 1,55 proc. do ok. 3,4865.

Komentarz sporządził: Marek Nienałtowski

poniedziałek, 13 października 2008

Dotpay S.A. Agentem Rozliczeniowym

Spółka Akcyjna Dotpay, operator serwisu płatności elektronicznych Dotpay.pl, uzyskała zgodę Prezesa Narodowego Banku Polskiego na prowadzenie działalności jako Agent Rozliczeniowy.

Zadaniem Spółki jest projektowanie, zarządzanie i obsługa kompleksowych rozwiązań w zakresie nowoczesnych usług płatności online. Działalność serwisu Dotpay, do stycznia 2008 roku działającego pod nazwą AllPay, opiera się na wieloletnim doświadczeniu w projektowaniu i zarządzaniu innowacyjnymi płatnościami elektronicznymi, bezpieczeństwie technologicznym oferowanych rozwiązań oraz unikatowej wiedzy eksperckiej. Spółka współpracuje z kilkudziesięcioma partnerami biznesowymi, wśród których znajdują się m. in. międzynarodowe organizacje płatnicze, polskie i zagraniczne instytucje finansowe, międzynarodowe korporacje certyfikujące bezpieczeństwo rozwiązań technologicznych i systemowych.

Rozwiązania oferowane za pomocą serwisu płatności internetowych Dotpay.pl zostały docenione przez ponad 25 tysięcy klientów, wśród których znajdują się między innymi koncerny prasowe i telewizyjne, portale internetowe, towarzystwa ubezpieczeniowe i reasekuracyjne, biura podróży i systemy rezerwacyjne oraz sklepy internetowe.

Dla klientów i partnerów Spółki otrzymanie zgody na prowadzenie działalności jako Agent Rozliczeniowy oznacza, iż Dotpay S.A. spełnia restrykcyjne wymogi określone w Ustawie o elektronicznych instrumentach płatniczych oraz poddana jest stałemu nadzorowi i kontroli Narodowego Banku Polskiego.

- Uzyskanie przez Dotpay S.A. zgody Prezesa Narodowego Banku Polskiego na prowadzenie systemu autoryzacji i rozliczeń certyfikuje najwyższą jakość, wiarygodność, bezpieczeństwo oraz stabilność oferowanych rozwiązań. Otrzymany przez Dotpay S.A. status Agenta Rozliczeniowego jest kolejnym potwierdzeniem najwyższych standardów, stosowanych w serwisie Dotpay.pl. Należy przypomnieć, iż Dotpay posiada także certyfikat PCI DSS, dokumentujący pełną zgodność oferowanych rozwiązań z rygorystycznymi standardami bezpieczeństwa, określonymi przez organizacje płatnicze VISA, MasterCard, American Express oraz Discover. Bezpieczeństwo Dotpay zapewniają także codziennie prestiżowe badania bezpieczeństwa, realizowane zgodnie z polityką bezpieczeństwa i wymogami Department of Homeland Security's National Infrastructure Protection Center (NIPC). Wymienione atuty Dotpay oraz najszersza oferta metod i kanałów płatności internetowych, gotówkowych i telefonicznych sprawia, że w opinii naszych klientów jesteśmy nie tylko pionierem i ekspertem, ale także liderem usług płatności elektronicznych – powiedział Andrzej Poniński, Prezes Zarządu Dotpay S.A.

---
Dotpay (do stycznia 2008 roku działający pod nazwą AllPay) istnieje na rynku od 2000 roku. Specjalizuje się w projektowaniu, zarządzaniu i obsłudze globalnych płatności internetowych, gotówkowych, płatności realizowanych przez telefon. Oferowane rozwiązania wykorzystywane są m. in. przez międzynarodowe koncerny medialne (Edipresse, TVP), portale internetowe (Onet.pl, Wp.pl), towarzystwa ubezpieczeniowe i reasekuracyjne (Allianz, Liberty Direct), biura podróży i systemy rezerwacyjne (Fly.pl, Travelzone.pl), sklepów internetowe oraz organizacje pożytku społecznego (Fundacja Anny Dymnej Mimo Wszystko, Fundacja Mam Marzenie, Instytut Spraw Publicznych, Instytut im. Stefana Batorego)

niedziela, 12 października 2008

Najlepsze banki dla firm

FORBES: Najlepsze banki dla biznesu

Optymalny rachunek dla firm powinien być tani, zapewniać wysokie oprocentowanie i szybki dostęp do niedrogiego kredytu. "Forbes" wybrał banki, których oferta jest najbliższa ideału.

Z wyborem banku jest trochę jak z zakupem samochodu. Większość z nas chciałaby komfortu i prestiżu, ale w połączeniu z pojemnym bagażnikiem, małym spalaniem, bezawaryjnością i przystępną ceną.
Takim autem kompromisu w ostatnich latach okazała się Skoda, czeski volkswagen na miarę naszych możliwości. Wśród banków podobną rolę spełniają - naszym zdaniem - Millennium i Fortis Bank Polska.

Po raz trzeci "Forbes" wybrał najlepsze banki dla firm.
Ponownie wzięliśmy pod lupę oferty dla małych i średnich przedsiębiorstw, bo jedynie te można z grubsza porównać, choć banki robią wszystko, by było to jak najtrudniejsze. W generalnej klasyfikacji decydowała suma gwiazdek zdobytych przez banki w poszczególnych kategoriach: koszt prowadzenia rachunku (maksymalnie trzy gwiazdki), oprocentowanie środków i oferta kredytowa (maksymalnie po dwie gwiazdki w każdej). W efekcie rekomendujemy tylko dwa banki pięciogwiazdkowe - Bank Millennium i Fortis Bank Polska. Solidną czwórkę otrzymują dwa kolejne: Nordea Bank Polska i Bank Pocztowy. Instytucje z czołowych lokat zestawienia najtaniej prowadzą firmowe rachunki, nie zdzierają za przelewy i wypłaty gotówki, zazwyczaj mają atrakcyjne lokaty i niezbyt drogie kredyty.

Siłą Millennium i Fortisa są jest najtańsze na rynku konta firmowe.
Wystarczy powiedzieć, że za ten sam zestaw operacji składających się na nasz koszyk testowy w bankach takich jak Pekao czy PKO BP w ciągu roku zapłacimy prawie 1300 zł drożej niż u zwycięzców rankingu. W Millennium uznanie wzbudza też transparentny i niezbyt drogi kredyt w rachunku. Niestety, na świecie nie ma ideałów. Ceną za liczne udogodnienia jest mało atrakcyjne oprocentowanie rachunku i lokat firmowych w tym banku. Nikt jednak nie zmusza przedsiębiorców do trzymania w banku nadwyżek finansowych. Można skorzystać z oferty bezpiecznych funduszy inwestycyjnych, których pod dostatkiem jest w ofercie Millennium, lub poszukać atrakcyjniejszych lokat u konkurencji.

Liderzy zestawienia to banki atrakcyjne nie tylko dla mikrobiznesu liczącego każdą złotówkę, ale również dla firm średniej wielkości, które coraz częściej potrzebują czegoś więcej niż zestaw podstawowy i sięgają po zaawansowane produkty, takie jak leasing, faktoring czy hedging. Konto w Millennium nie jest niestety optymalnym wyborem dla osób korzystających z tzw. samozatrudnienia, których saldo na rachunku może być niższe niż 10 tys. złotych. Dla nich koszt rachunku w tym banku staje się zauważalnie większy. Dla tej grupy korzystniejsze oferty prezentujemy w artykule poświęconym kosztom prowadzenia rachunków.

Warto przyjrzeć się ofercie banków czterogwiazdkowych. Ich wspólną cechą jest umiarkowany koszt obsługi rachunku, wyższy niż u liderów, ale nadal o połowę niższy niż w większości pozostałych instytucji. Czterogwiazdkowcy gwarantują przyzwoitą kompilację atrakcyjnej oferty depozytowej z w miarę transparentną i niedrogą propozycją kredytową.

Na miano banków przyjaznych biznesowi zasługuje też kilka instytucji nagrodzonych trzema bądź dwoma gwiazdkami. Cechą wspólną większości pozostałych jest drożyzna i nieprzejrzystość oferty. Brak rekomendacji to także nasza ocena podejścia do klienta. A sprawdziliśmy je, rozsyłając ankietę będącą w istocie zapytaniem ofertowym. Charakteryzując profil klienta (saldo na rachunku, liczba operacji), prosiliśmy o dobranie najkorzystniejszej oferty. Większość banków włożyła wiele pracy w to, by maksymalnie zaciemnić strukturę kosztów i utrudnić porównanie cen. Dotyczy to zwłaszcza cen kredytów i opłat związanych z rachunkiem.

Można odnieść wrażenie, iż celem banków jest maksymalne "oskubanie" przedsiębiorcy, i to w taki sposób, by długo nie zorientował się, ile i za co płaci.
Nie przypadkiem odnalezienie tabeli kosztów i prowizji na stronach internetowych większości instytucji to droga przez mękę, którą przechodzimy tylko po to, by otrzymać nieczytelne zestawienie kilku lub kilkunastu pakietów cenowych, pełnych gwiazdek i odnośników, często zasadniczo zmieniających podstawową ofertę. By skrócić katusze przedsiębiorcy, banki umieszczają w najbardziej eksponowanych miejscach swoich witryn duży banner zachęcający do kontaktu z konsultantem. Mało elegancka, ale najwidoczniej skuteczna socjotechnika, obliczona na to, że zmęczony biznesmen da za wygraną i przyjmie sugestie doradcy bankowego lub wybierze oddział położony najbliżej jego siedziby, by mieć obowiązkowe konto przed zakończeniem procesu rejestracji firmy.

- Produkty wysokomarżowe zawsze cechuje nietransparentność kosztów - przyznają po cichu bankowcy. Nie zgadzają się jednak z opinią, że oferta polskich banków jest droga. Ich zdaniem struktura opłat na rynkach różnych państw europejskich jest tak odmienna, że nieuprawnione jest ferowanie wyroków na podstawie porównań Polski na przykład z Wielką Brytanią. Tam ukształtował się model oparty na zerowych opłatach i wielkich karach za każde, nawet najdrobniejsze uchybienie. - Bo brytyjskie banki zarabiają na karach i w tym właśnie celu zastawiają na klienta liczne pułapki - mówi członek władz jednego z banków, zastrzegając, byśmy nie podawali jego nazwiska.

A czy oferta polskich banków może być tańsza? Zdaniem większości naszych rozmówców to mało prawdopodobne. Dlaczego? Bo nasz rynek pod względem wolumenu jest bardzo mały, a banki w Polsce w przeliczeniu na oddział czy na klienta zarabiają o wiele mniej niż na Zachodzie. Nie ma zarazem drugiego rynku bankowego w Europie, który byłby tak rozdrobniony, na którym walczyłoby tyle międzynarodowych instytucji finansowych co w Polsce. A skoro nie można zwiększyć wolumenu obrotów, by wyjść na swoje, banki muszą podnieść marże lub ostro ciąć koszty.

Większość wybiera to pierwsze rozwiązanie. W tej sytuacji nie dziwi, gdy jak mantrę powtarzają, że nawet dla osób prowadzących działalność gospodarczą szyją pakiety usług na miarę, z osobnymi taryfami dla lekarzy i prawników. Każą nam wierzyć, że istnieje jakiś racjonalny związek między wykonywanym zawodem a kosztem prowadzenia rachunku. Epatują fikcyjnym bogactwem oferty. - Percepcyjnym - ripostują bankowcy. Ich zdaniem to zróżnicowanie, nawet jeśli nie zapewnia klientowi korzyści finansowych, to zaspokaja ważne potrzeby emocjonalne, daje poczucie wyjątkowości. Cóż, w świecie finansów na wszystko znajdzie się eleganckie określenie.

Rozumiemy oczywiście, że bank to nie instytucja charytatywna. Chce zarabiać i maksymalizować zyski, tak jak każde inne przedsiębiorstwo. Istnieją jednak różne drogi osiągnięcia tego celu. Można postawić na maksymalizację zysków poprzez redukcję kosztów i efekt skali lub śrubować marże, sztucznie komplikując produkty, by ukryć ich rzeczywisty koszt. Większość banków wybiera niestety tę drugą drogę. Liczą zapewne na to, że klient biznesowy raz złowiony już im się nie wymknie, ponieważ zmiana banku to rzecz kłopotliwa i czasochłonna.

Andrzej Witul, Forbes